Małgorzata Maciejewska: Dorosła pisarka

22 grudnia 2012 18:070 komentarzy

Dorota Masłowska
„Kochanie, zabiłam nasze koty”
Wydanie I
Oficyna Wydawnicza Noir Sur Blanc
Warszawa 2012
156 stron, audiobook 4h 24 min

Dorotę Masłowską  posądzano nie raz o zamach na rodzimą literaturę. Nie dała się – i jej najnowsza książka sprawia, że nie musi mówić już nic na swą obronę . W dodatku trudno orzec czy lepiej „Kochanie, zabiłam nasze koty” przeczytać samemu, czy też wysłuchać w odczycie audiobookowym Katarzyny Dąbrowskiej. A taka multimedialność teksu to w naszym kraju sprawa nieczęsta.

 

 

Ucieszyłam się, widząc, że prezentem pożegnalnym od kolegów i koleżanek z pracy jest nowa książka Doroty Masłowskiej, Kochanie, zabiłam nasze koty. Ucieszyłam się, choć moje główne skojarzenie z tekstami autorki to jednak chaos językowy i skłonność do opowiadania o rzeczach tyle prawdziwych, co nieapetycznych. Nie można jednak Masłowskiej odmówić skrytej charyzmy i umiejętności pisarskich, w które wszak też  trudno  uwierzyć, kiedy  słucha się jej własnego głosu, jasnego, wysokiego, komunikującego wiadomości i przemyślenia tonem wciąż nieco buńczucznym. Głosu, który jednak także kryje w sobie odrobinę nie-pewności siebie, która sprawiała, że autorka w trakcie spotkań z czytelnikami, często usiłowała się schować cała pod własnym kapturem.

Ale jej głos literacki – o, to już coś innego.

I o ile przełknęłam Wojnę polsko-ruską, nie odmawiając jej pewnej oryginalności (co nie pokrywa się w tym przypadku absolutnie z pojęciem uroku), to już Paw królowej był dla mnie nie do przejścia. Zaciekawił mnie natomiast tekst Między nami dobrze jest, z którym zetknęłam się w trakcie  comiesięcznego czytania dramatu  w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Okazało się, że Masłowska jakby trochę okrzepła, stała mniej niepewna. Pokazała jak zwykle, świat, który ją boli, świat podle soczysty, ale i… niepozbawiony „pokątnego” poczucia humoru i  dystansu do samej siebie (dokładniej o dramacie pisała już Natalia Bastelki.

Kochanie, zabiłam nasze koty, jeśli sugerować się tylko tytułem, nie przerażało bardziej niż wspomniany dramat. Tytuły Masłowskiej zawsze są trochę na bakier, zaczepne; najnowszy – dodatkowo nieco brutalny, ale i… pokraczny. Czujny czytelnik od razu zwęszy jednak coś więcej, niż kicz i prowokację. Przeczytanie już kilku pierwszych stron wywoła w nim być może wrażenie, któremu ja sama nie mogłam się oprzeć – wrażenie klimatu filmowego.

Ta  najnowsza książka Masłowskiej jest  filmowa. Język autorki zawsze był obrazowy, wątki piętrzyły się i wirowały, nawet jeśli dotyczyły stałego grona postaci;  elementy, budujące świat, szybko dawały się wizualizować, czego dowodem jest udane (i dość wierne) przeniesienie na ekran przez Xawerego Żuławskiego  Wojny polsko-ruskiej. Sposób literackiego przedstawienia świata w nowej książce – miejsce akcji, wyraziści, skontrastowani bohaterowie pierwszoplanowi i kilkunastu drugoplanowych, wątek baśniowy – mają w sobie filmowy potencjał. Sam projekt okładki zdaje się odwoływać do estetyki  plakatu filmowego.

Ważniejsza jest jednak treść powieści. Warto zacząć od tego, że wątków jest… kilka. Ani za dużo, ani za mało. Przeplatają się zgrabnie. Fragmenty narracji z jednej perspektywy podchwytuje kolejny narrator, uzupełniając opowieść o swoją wersję  wydarzeń i w efekcie dając pełniejszą, bardziej pobudzającą wyobraźnię, plastyczną wersję opowieści. Wątki zresztą zdają się lekko falować, przelewać się jedne przez drugie, opływać nawzajem, co w połączeniu z syrenim zwiastunem z okładki jest nie bez znaczenia /o czym dalej nieco/. Jest jednak, punktując sprawy formalne, i klamra kompozycyjna, zawsze przydająca literaturze nieco smaczku i klasy.

Miejsce akcji to… miasto. Po prostu miasto, bo nie jest konkretnie nazwane. Sugeruje tylko Nowe Jorki czy Los Andżelesy, jakie znamy z seriali czy filmów. Chwilami wygląda jak metropolia., to znów jak prowincjonalne, europejskie miasto czy miasteczko, w którym miejsce lśniących szkłem i metalem wieżowców i szkół jogi zajmują zatłoczone bloki jak z filmów Koterskiego, podłe kawiarenki-speluny z zaplutym bilardem. Jedno jest pewne miasto to jest niewątpliwie jednym z bohaterów tekstu – niczym statek-matka, statek-osobne uniwersum, w którego czeluściach Sigounrey Weaver to szukała Obcego, to uciekała przed Obcym. Zachowuje się ono spokojnie, ale często obnaża swe lekko pleśniejące wnętrzności…

Na jego tle cudownie (żałośnie lub pięknie) prezentują się bohaterki powieści. Jedna z nich jest chyba rodem z polskiej (ale udanej, nie jak w Yumie) wersji świata Almodovara. Druga to ucieleśnienie wielkomiejskiego stylu życia, najnowszych trendów, łącznie z hipsterstwem i celebryckim glamourem. Trzecia jest jakby wyczekiwana przez czytelnika – to pisarka, która szuka nowego mieszkania, licząc na otrzymanie w pakiecie porządnej dawki inspiracji.  Niekoniecznie porte parole autorki, raczej skrawek jej odbicia w witrynie sklepowej czy błyszczącej jak lustro okładce książki.

Są barwne postacie, jest kilka wątków, szczypta doświadczeń własnych. Jest też to, co osobiście bardzo cenię w kulturze najnowszej, czyli motyw zaczerpnięty z kultury ludowej. Nikt oczywiście nie każe nikomu tworzyć kolejnej wersji Czerwonego Kapturka. Ale sprytne zastosowane znanego z bajek czy pieśni motywu dodaje tekstowi posmaku ponadczasowości; sięga też do naszych sielskich, dziecinnych wyobrażeń o świecie, pokazując jak funkcjonują one po latach zyskiwania mało przyjemnych życiowych doświadczeń.  Niezwykle zgrabnym i zapadającym w pamięć przykładem takiego zabiegu jest choćby scena z pantoflem z Bękartów wojny (zagubiony pantofelek Kopciuszka znajduje książę w postaci esesmana, a Kopciuszek szybciutko ginie).

W Kochanie, zabiłam nasze koty wykorzystany zostaje, zasugerowany umiejętnie już na okładce, motyw opowieści o syrenach. Arielka z bajek Disneya na widok swojego powieściowego sobowtóra uciekłaby jednak czym prędzej. Świat ten bowiem został stworzony na obraz i podobieństwo ludzkiego, a na dodatek wysnuty na kanwie snu. Syreny chcą się upodobnić do ludzi, przejmują ich choroby i zwyczaje, żyją w coraz bardziej skażonym świecie.

 

Ów raczej bardziej oceaniczny  niż morski klimat ma też inną funkcję – wprowadza pewien nie całkiem regularny, ale wyczuwalny rytm w pojawianiu się kolejnych wątków. Język „nowej” Masłowskiej też jest jakby mniej chaotyczny, a bardziej… płynny. Ma to znaczenie dla fabuły – te same wydarzenia zostają pokazane z różnych perspektyw, a (auto)charakterystyka, (nie)bezpośrednia charakterystyka postaci, dość obfita, tylko powiększa ilość odcieni, jakimi opalizuje świat przedstawiony powieści. Nie brak w powieści poczucia humoru, zwykle przybierającego postać krzywego, cytrynowego uśmiechu na ustach czytelnika, czy też mruknięcia z uznaniem. Wyraźna jest obecność w tekście – uwaga – świetnych, zaskakująco poetyckich w swej prozaiczności i przyziemności, „opisów przyrody”, jakby określiła to młódź licealna. Pejzaże, w przenośni, i te widziane oczami bohaterów lub obserwowane z okien ich mieszkań, są zwarte i oryginalne.

Warstwa słowna jest więc bardziej wyważona, nie kipi już buntem, sprzeciwem, nie wytryskują z niej fontanny brudnej polszczyzny, celowo łamanej kołem gramatyki i kanciastych zwrotów. Język Masłowskiej jest niezwykle giętki– tak, jakby autorka mówiła po prostu nieco wolniej, i uważniej.

Autorka wydaje się też nieco spokojniejsza, „wyszumiana”, mająca poczucie własnej wartości. Przeczytawszy Kochanie, zabiłam nasze koty, naprawdę nie można odmówić autorce prawdziwego talentu. Imponujących zdolności językowych, doskonałej intuicji do układania elementów popkultury, współczesności, rzeczywistości, w jakiej sama funkcjonuje i drygu do efektownej kompozycji. Powieść jest niezwykle ciekawa i niezwykle zwarta, pomimo tego, że wciąż przepływają przez siebie rzeczywistość prawdopodobna-wyolbrzymiona i fantazja z pogranicza snu po przejedzeniu – kiedy elementy realne wikłają się z totalną abstrakcją. Książka ta ma w sobie coś i z filmu, i z komiksu, a  pewne zjawiska kulturowe ukazuje w sposób przerysowany, smacznie kiczowaty. Słowa to doskonałe płótno, na którym wypisana zostaje historia, niemiła, ale prawdziwa. Treść i forma są tu bardzo wysokim poziomie. Książkę czyta się świetnie i z wyraźną przyjemnością, choć bywa nieprzyjemna. Chce się ją czytać szybko, żeby poznać dalszą cześć fabuły, a jednocześnie nie chce się spieszyć, żeby nie uronić ani zdania, ani jednej frazy ze względu na język.

Kochanie, zabiłam nasze koty – czy czytana samemu, czy słuchana w odczycie audiobookowym przez Katarzynę Dąbrowską – to najlepsza powieść w dorobku Masłowskiej. I niezaprzeczalny dowód na to, że jest autorka jest, jak powiedziała Bliskich Spotkaniach w RMF Classic, dorosłą pisarką, świadomą siebie, swojej pracy, spokojniejszą.

Pozostaje tylko życzyć dużo spokoju i przebierać kopytkiem w oczekiwaniu na następną powieść.

 

Małgorzata Maciejewska

 

 

 

Tags:

Zostaw odpowiedź