Małgorzata Maciejewska: Pęknięte serce fortepianu

22 grudnia 2012 18:094 komentarzy

…Czyli o tym, dlaczego warto wybrać się koncert Ingolfa Wundera więcej niż raz, która kołysanka rozczula i ożywia zamiast usypiać i kto pierwszy wśród romantyków docenił walkę między solistą a orkiestrą? Odpowiedzi na te i inne pytania poznali melomani, którzy jeden  październikowych wieczorów spędzili w Dworze Artusa w Toruniu.

To nie ja zauważyłam prosty, gustowny plakat, przedstawiający Ingolfa Wundera, który siedzi na wieku fortepianu i uśmiecha się z lekkim roztargnieniem. Ale za to miła była radość, kiedy dotarło do mnie, że w naszym mieście zagra kolejny laureat Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, jednego z najbardziej prestiżowych koncertów pianistycznych na świecie.

Redaktor R. pozwolił sobie w ramach promocji lokalnej zamieścić plakat koncertu w Filharmonii Szczecińskiej.

Zanim niemal dobiegłam do akademika i zamówiłam bilety przez Internet (z wrażenia w dwóch miejscach równocześnie), przeżyłam jeszcze chwile strachu, gdy po gorączkowym przyjrzeniu się wszystkim informacjom na plakacie nie znalazłam nigdzie daty koncertu, który młody pianista miał zagrać w Dworze Artusa. Chyżo pomknęłam więc do akademika, gdzie dopadłam do komputera jeszcze w płaszczu… TAK! Koncert jeszcze się nie odbył. Szybciutko i rzuciłam się do przypominania sobie jak to Wunder  grał mazurki i koncert, za którego wykonanie otrzymał zresztą specjalną nagrodę.

Kilka dni do koncertu minęło błyskawicznie. I wreszcie, 19 października, z mamą, siostrą (szkoła muzyczna, klasa fortepianu) oraz chłopakiem, stanęłam w progu Sali Wielkiej Dworu Artusa, trzęsąc się w duchu z niecierpliwości… Jaki będzie? Poważny czy uśmiechnięty? Grzeczny czy powoli sobie na nieco brawury? Zagra spokojnie i słodko czy z pazurem? A orkiestra? Jak sobie wszyscy poradzą?

Bo musicie wiedzieć, że tego wieczoru nie tylko pianista miał przed sobą trudne zadanie. Wraz z Toruńską Orkiestrą Symfoniczną, którą prowadził charyzmatyczny, dynamiczny dyrygent Zbigniew Graca,  wykonał bowiem także IV koncert fortepianowy G-dur Beethovena. Bardzo rzadko się zdarza, że w trakcie jednego wieczoru wykonane zostają dwa koncerty, a więc kompozycje dość obszerne i wymagające niemal nieustannego zaangażowania każdego z muzyków. Jednak ani dla orkiestry, ani dla Ingolfa Wundera nie okazało się to trudnym zadaniem.

Orkiestra zresztą pokazała pełnię swoich możliwości już w pierwszym utworze, błyskotliwie wykonanej innej kompozycji Beethovena – uwerturze Egmont. Utwór ten rozpoczyna głęboki, pełny, mocny dzięki smyczkom ton, przechodzący w niezwykle dramatyczną melodię, która natychmiast porusza serca słuchaczy. Uwertura miała otwierać cykl utworów, składający się na muzykę do tragedii Goethego Egmont, o której napisanie poprosić Beethovena sam autor. Dziś utwór funkcjonuje jako samodzielne dzieło i ze względu na wielki ładunek emocji, melodyjność, następstwo fragmentów słodkich i spokojnych oraz gwałtownych i mocnych, jest chętnie wykorzystywany jako muzyka filmowa. Przyznać trzeba, że toruńska orkiestra poradziła sobie z utworem doskonale, wydobywając głębię z każdego tonu, świetnie oddając jej dramatyzm i podbijając serca słuchaczy. Niemały udział miał w tym dyrygent, pilnie prowadzący muzyków przez rewiry efektownej kompozycji.

 Nie zdążyłam więc odetchnąć po wrażeniach pierwszej części koncertu, kiedy na scenę, krokiem pewnym i z miłym uśmiechem, wkroczył bohater wieczoru. Ani się obejrzałam, a już rozlegały się pierwsze tony pięknego Koncertu G-dur op.58  Beethovena. Pianista pięknie prowadził melodię i dawał się prowadzić orkiestrze, zgrabnie rozbrajał wszystkie trudne akordy, manewrował tempem i rytmem z wprawą i pewnością siebie. Grał i czarował, choć miało się wrażenie, że coś… jednak… jakby… nie do końca… coś rozprasza uwagę wytrawnego pianisty. W końcu zuchwały młodzieniec, niczym jazzmani, zaczął wyraźnie… grzebać w fortepianie! Niby grał – a jednak coś tam poprawiał, pchał ręce do strun, coś kręcił, przesuwał – nie zaburzając ani na chwilę płynności wykonania. Wreszcie – stało się: coś lekko zgrzytnęło, czy raczej brzęknęło, ale pianista grał dalej. Grał i nie tracił już pogodny ducha, całkowicie skoncentrowany na prowadzeniu melodii.

Niepokojącego brzęknięcia nie puściłam jednak w niepamięć, martwiąc się, że może fortepian niedostrojony jak trzeba, może coś innego źle przygotowane… a może Wunder chciał zastosować jaką wywrotową technikę… wyjaśnienie okazało się jednak tyle proste, co przerażające: w fortepianie pękła struna! A zatem jeden dźwięk w ogóle się z instrumentu nie wydobywał. Znając nieco historii o porywczych muzykach, już drżałam na myśl, że koncert skończy się szybciej niż było to przewidziane. Okazało się jednak, że pianista ma poczucie humoru i świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że czasem coś takiego może się zdarzyć. Nie dał też nic po sobie znać i z taką właśnie, pękniętą struną, spokojnie skończył koncert Beethovena.

Owacje, jakie dostał pianista, kiedy prowadząca koncert obwieściła co się stało, byłyby się nie skończyły. Jednak orkiestra już stroiła się ponownie i już rozbrzmiewać zaczęły pierwsze tony wyczekiwanego, Chopinowskiego koncertu e-moll. Koncert jest tak charakterystyczny i ma tak ciekawą budowę, że często wykorzystuje się jego fragmenty jako ścieżkę dźwiękową do filmów. I niezależnie od filmowych kontekstów, uważa się go za słodszy i bardziej romantyczny, „miłosny”, niż koncert f-moll.

A poza tym jest to jeden z najmocniejszych punktów repertuaru Ingolfa Wundera! Faktycznie, płynął przez kompozycję, poskramiał kaskady perlistych, wysokich tonów, radził sobie świetnie z okiełznaniem pasaży i gromkich akordów. Prezentował doskonałą technikę i dużą wrażliwość. Widać też było, z jaką wyraźną przyjemnością gra Chopina, jednego ze swych ulubionych kompozytorów. I że przykłada się do tego, by włożyć w wykonanie całe serce.

Dlatego na początku słuchałam go czujnie, wzrokiem łowiąc każdy grymas i dreszcz. Ale w miarę upływu czasu jasne stawało się, że wciąż coś jest nie tak.

Fortepian  n i e   b r z m i a ł.

Dźwięk był niby jasny i czysty, ale jednak przyćmiony, jakby lekko zduszony, głuchy, jak słusznie zauważyła moja mama. Nie znam się na specyfice fortepianów, na ich konstrukcji i warunkach w jakich brzmią najlepiej. Jasnym jednak było, że pianista, choć bardzo, bardzo się stara, nie całkiem może oddać za pomocą barwy emocje kompozycji. Wunder, choć jest doskonałym pianistą, nie ma jednak tej specyficznej aury, aury kogoś, kto grając, stapia się z muzyką. Brakowało mi trochę poczucia, że pianista zatraca się, jakby niknie lekko, rozmywa się w muzyce samej, dając jej pierwszeństwo w czarowaniu widowni.

I choć muzyka Chopina, słyszana na żywo i w świetnym wykonaniu, wzruszyła mnie jak zawsze, nie jestem do końca przekonana o wielkim talencie i charyzmie Ingolfa Wundera. Nie jestem rozczarowana koncertem, ale myślę, że stać go na więcej, że nie oddał się muzyce całkowicie, a chciał ją raczej okiełznać. I niestety pozostaje kwestia „głuchego” fortepianu, ograniczającego jednak możliwości muzycznego przekazu.

Przyznać jednak trzeba, że Ingolf Wunder znalazł czas na rozdanie autografów, nie tracąc pogody ducha pomimo zmęczenia. Fot. Paweł Gołębiewski

Cieszę się więc bardzo, że Wunder zagrał w naszym mieście i z naszą orkiestrą (którą bardzo chwalił w trakcie krótkiej rozmowy, jaką udało nam się odbyć), ale wydaje się, że zabrakło pewnych warunków, które sprawiłyby, by koncert można było uznać za rewelacyjny. Cieszę się,  że słyszałam Chopina – i na dodatek drugiego wielkiego romantyka, Beethovena –  w tak dobrym wykonaniu. Jednak… tylko bardzo dobrym. Nie wybitnym. Nie oszałamiającym. I nie…  cudnym.

Nie tracę jednak wiary w muzyków i część winy zrzucam na zawodny fortepian. I na salę, która jednak nie była szczelnie zapełniona – bo wszystko to ma wpływ na nastrój muzyków i na ich interpretację.

Będę za to pamiętać przepiękny, grany na koncertach rzadko bis – Berceuse (czyli kołysankę) Des-dur, uroczą i łagodną; wspinającą się dzielnie w wysokie rejestry, by zaraz opaść akordami przy wtórze powtarzającej się ciągle tej samej, sennej sekwencji.

I jeśli to tylko będzie możliwe, wybiorę się na kolejny koncert Ingolfa Wundera /w Sopocie 9 grudnia jeszcze raz zagrał koncert fortepianowy e-moll  Chopina/.

Miejmy nadzieję, że fortepiany będą niezawodne i zagrają z uczuciem, które dowiedzie, że muzyka Chopina faktycznie tkwi głęboko w sercu pianisty, a nie tylko w jego palcach i deklaracjach.

A na zachętę:

http://www.ingolfwunder.at/ , zakładka Audio, Concerto no 1 de Chopin.

oraz

http://www.ingolfwunder.at/ , zakładka Audio, Beethoven – Concerto no 5 (1).

Małgorzata Maciejewska

Klip z wykonaniem etiudy a-moll op. 10 Redakcja pozwoliła sobie zamieścić bez porozumienia z Autorką w nadziei, że nie zaburza to koncertowej narracji.

4 Komentarzy

  • W Toruniu Wunder nie grał na fortepianie koncertowym, tylko na sporo krótszym instrumencie, za krótkim na tę salę. (Byłem na koncercie). Warto brać takie detale pod uwagę, zdecydowawszy się coś na temat występów pisać.
    Ludzie, zacznijcie pisać RECENZJE, a nie wpisy do pamiętników. Piękne i poetyckie słowa, ale treści jak na lekarstwo. A gdzie jakaś namiastka analizy, jak zostały zagrane poszczególne części obu koncertów? Tylko ogólniki: ładnie, nieładnie, talent, nietalent. To nic nie mówi i nic nie wnosi.
    Aha, jeszcze błąd – to nieprawda, że przy pękniętej strunie dźwięk się nie wydobywa. Struna, która pękła (o ile Pani wysłyszała – ja owszem) należała do górnego rejestru. A klawisze w górnym rejestrze „trzymają” się na trzech strunach, więc dźwięk się wydobywa. Jest „jedynie” niestrojny, a sama pęknięta struna rezonuje. To przynosi oczywiście pewien dyskomfort, ale się zdarza. W tym wypadku dyskomfort przez cały koncert, bo nowa struna w przerwie nie została założona i ten dźwięk był fałszywy do końca.

    • Chyba każdy ma prawo przyjąć taką konwencję recenzji jaką uzna za stosowne, zwłaszcza, że felieton, nie oznacza od razu muzykologicznej analizy /co nijak nie deprecjonuje recenzji Autorki/. Cóż z tego, że np. estetyki da się nauczać za pomocą wzorów matematycznych /widziałem taki podręcznik/, teorii muzyki tym bardziej, skoro nie każdemu taka formuła jest bliska, a dla wielu zbyt hermetyczna. Natomiast na pewno każdy z nas byłby zainteresowany również uwagami bardziej technicznymi. Dobrego nigdy za wiele. Zapraszamy, Pańską recenzję również chętnie opublikujemy.

    • MMaciejewska

      Dziękuję i za komentarz, i za krytykę. Faktycznie, nie wiedziałam, że to nie był fortepian koncertowy, nie wiedziałam też, że struna pęknięta brzmi. Przyznaję się też, że faktycznie nie jestem muzykologiem ani muzykiem, wiedzę czerpię z tego, co uda mi się doczytać i dosłuchać. A co do stylu pisania, zależy mi na tym, żeby czytelnikom przekazać przede wszystkim wrażenia, jakich można doświadczyć w trakcie koncertu, informacji. Zależy mi bowiem na tym, żeby, czytając, mogli sobie wyobrazić co się działo, poczuć magię muzyki na żywo. Pracuję nad recenzjami, więc proszę dać mi trochę czasu. A krytykę zawsze chętnie czytam. Wszak pisze się dla czytelników. A im większe wymagania, tym większa szansa na coś naprawdę dobrego.

    • MMaciejewska

      A swoją drogą, jak rozróżnić dźwięk fortepianu koncertowego i, hm, niekoncertowego? I czy w Toruniu jest jakiś fortepian koncertowy? Ponoć Szkoła Muzyczna go ma.

Zostaw odpowiedź