Makary Krajewski: Lodziarnia pogrążyła powstanie

21 sierpnia 2012 19:380 komentarzy

Kiedy Redakcja Netkultury poprosiła mnie o relację ze szczecińskich obchodów kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego targały mną uczucia dosyć sprzeczne. Redakcja poprosiła mnie bowiem o relację „apolityczną”. Możliwie apolityczną. Czyli właściwie jaką?

Postawiliśmy sobie z Jackiem powyższe pytanie i zaczęliśmy głowić się nad odpowiedzią. Uzyskaliśmy ją biorąc w ręce brzytwy Ockhama i rozważając czego w takiej relacji byśmy nie chcieli. Nie chcieliśmy partyjnych szyldów, agresji, wulgarności i pustoty knajackiej naparzanki w jaką jakże często przekształca się tzw. „debata publiczna”. Nie chcieliśmy dzielić patriotyzmów na lepsze i gorsze, odmawiać komukolwiek celebrowania pamięci wydarzeń ze względu na własne oceny i poglądy polityczne. Ten „śmietnik” chcieliśmy kategorycznie od siebie odczepić.

Gdy ten balast intelektualne brzytwy ze świstem odcinały pozostała nam refleksja o formie tej celebracji, o głębi pamięci i wiedzy, która jej towarzyszy. Refleksja nie wolna oczywiście od osobistych przekonań i uwag /często krytycznych/ autora tego tekstu, ale pozostawiająca miejsce dla innych, choćby zupełnie odmiennych. I tak proszę poniższą relację traktować.

W tym roku Szczecin wyróżnił się w obchodach rocznicy Powstania Warszawskiego szczególnie. Z inicjatywy szczecińskiego IPN i rekonstruktorów z Grupy Rekonstrukcji Historycznych „Borujsko”, przy poparciu lokalnej prawicy wystosowano apel do mieszkańców Szczecina o przygotowanie kartonowych pudeł z których w godzinę „W” spontanicznie mieliśmy zbudować barykadę na reprezentacyjnym szczecińskim Placu Lotników.

Nieco przed godziną 17.00 udałem się na miejsce zdarzeń. Na placu zebrała się całkiem spora grupa widzów /minimum kilkaset osób/. Między czekającymi przechadzali się, walcząc chyba nieco z tremą, a może koncentrując się, młodzi ludzie w mundurach. Wśród tłumu publiczności wyróżniały się szczególnie najróżniejsze warianty kotwicy Polski Walczącej na organizacyjnych koszulkach rosłych mężczyzn, ale i towarzyszących im dziewcząt było trochę, z całego wachlarza prawicowych stowarzyszeń. Od razu uprzedzę jednak, że w imprezie uczestniczyli w większości „zwykli” szczecinianie, a całość wolna była od politycznych manifestacji i jakichkolwiek incydentów. Nikt niczego nie zakłócał ani z prawa, ani z lewa, a publiczność zachowywała się z należytą godnością.

O godzinie „W” wraz z hukiem pierwszego wystrzału na scenę naszego prowizorycznego teatrum wbiegł powstaniec krzycząc „Powstanie wybuchło, ludzie budujmy barykadę!”. Rozglądając się wokół nie zauważyłem by apel zmobilizował publiczność, nikt raczej nie miał też ze sobą kartonów, które jednak, zapewne przygotowane przez organizatorów, czekały na powstańców w schludnym stosie. Szybko też na arenę zdarzeń wbiegł akowski pluton i  powstańcza „barykada” została błyskawicznie wzniesiona. Powstańcy szybko ją jednak opuścili prowadząc natarcie na siły  niemieckie w kierunku… pobliskiej lodziarni znajdującej się na początku alei przylegającej do placu. Natarcie zakończyło się błyskawicznym sukcesem. Niemcy wycofali się, niknąc mi na moment z oczu, i na chwilę zaległa cisza, pozwalająca na opatrzenie rannych przez dzielne sanitariuszki. Wkrótce jednak wierni historii Niemcy przystąpili do kontrnatarcia i „powstanie” zakończyło się klęską. Pudełkowa barykada została rozbita. Muszę przyznać, że cała rekonstrukcja została przygotowana z dużym zaangażowaniem rekonstruktorów, autentyczne mundury, huk wystrzałów, ba, nawet autentyczne pojazdy. Niestety dla mnie i we mnie pozostał po niej obraz barykady z kartonu. I od tego czasu wciąż zyskuje on na znaczeniu jako metafora. Dlaczego?

Ano dlatego, że dla mnie osobiście oddaje on „prowizoryczność” i uproszczenie pamięci o Powstaniu. Moim zdaniem uczestniczymy w micie budowanym na kruchym fundamencie emocji niewzmocnionym wiedzą i trzeźwą oceną historii. Przy próbie spojrzenia głębiej całość konstrukcji zaczyna się chwiać i być może ten stan emocjonalnego/sentymentalnego wzmożenia nie przetrwa kolejnej dekady. Czy upadek powstańczej mitologii oznaczać będzie również upadek patriotyzmu? Na pewno nie, zwłaszcza jeśli nie będziemy tego patriotyzmu budować na tak kruchych podstawach.

Z tym wszystkim w szerszym kontekście łączy się problem pączkujących powszechnie rekonstrukcji. Tu, „Cud nad Wisłą”, tam kampania wrześniowa, obok różne lokalne klony Powstania Warszawskiego. Patrzę na tych wszystkich chłopaków i dziewczyny zapamiętale biegających z karabinami i, doceniając ich wysiłek, muszę powiedzieć, że coś mi tu wyraźnie zgrzyta. Z tego zgrzytu bierze się stanowczo sformułowany postulat. Ogłośmy okres karencji na rekonstrukcje!

Nie mogę się bowiem oprzeć wrażeniu, że uczestniczę jako widz w zabawie w wojnę. Obojętnie jakby kto tej zabawy poważnie nie traktował. Groby są jeszcze za świeże by jakakolwiek rekonstrukcja oddała potworność wojny, dramat ludności cywilnej, bohaterstwo żołnierzy, beznadziejność śmierci tak częstą w naszej najnowszej historii. To bowiem historia wciąż jeszcze dla naszych generacji nieprzepłakana, nieprzemyślana, nienadająca się jeszcze do atmosfery festynu, bo takie określenie tu się niestety mi uparcie nasuwa.

Budowanie powstańczej barykady z kartonu na środku głównej szczecińskiej, reprezentacyjnej alei, pośród restauracji, ogródków i lodziarni zapraszających wesołymi, kolorowymi szyldami jest groteską. Żołnierze nikną w tłumie czekających na lody ludzi w szortach i t-shirtach. Historia miesza się ze współczesnością w sposób karykaturalny i nieprzystawalny. Stojący obok mnie chłopak roześmiany rzuca do swojej dziewczyny – „popatrz lodziarnia się obroniła i teraz im dowali”. Trudno o lepszą ilustrację. Zastanawiam się czy widział „Kanał”.

Dlatego w rekonstrukcyjnym zapale sięgajmy do historii, która już nie boli, która nie budzi kontrowersji, a nawet jest wobec naszej ignorancji nieco egzotyczna, którą warto ożywiać jako zapomnianą, z dreszczykiem odkrywać jak skarby Templariuszy. Gdzie nie bojąc się zgubnych skutków przekłamań możemy obcować na równi z historią i legendą, czasem nawet baśnią. Popiel, Wikingowie, Grunwald, Odsiecz Wiedeńska, Samosierra. Tu narodowa pamięć /obecna ale już czysto historyczna/ ustępuje ciekawości, poznaniu, eksploracji. Tu nikt nam nie zarzuci „zabawy w wojnę”.

Albo czcijmy sukcesy, gdzie radość i zabawa jest na miejscu, a rekonstrukcja nie rozdrapuje ran kolejnych klęsk. /Nie bez kozery tak dzielnie Netkultura sekundowała Panu Markowi Rezlerowi w walce o właściwe miejsce Powstania Wielkopolskiego w naszej świadomości./W żadnym z tych nurtów rekonstrukcje Powstania Warszawskiego, odbywane bez głębszej refleksji, mi się nie mieszczą.

Pojawia się również problem kolejny – co, gdzie i jak intensywnie upamiętniać. W kontekście mojego miasta jest to pytanie podstawowe. Nie ujmując niczego pamięci Powstańców warszawskich, czyż nie lepiej skoncentrować wysiłku na budowaniu naszej lokalnej tożsamości, naszego kapitału społecznego? Owszem ciężkie to zadanie w mieście mającym swą świetność w bismarkowskich i pobismarkowskich Prusach. Ale dzisiaj jest nasze, mimo, że to Ziemie „Uzyskane”, których uprzednia „polskość” jest rzekoma  i trąci propagandowym humbugiem. Może część energii należy poświęcić by coraz mocniej zapuszczać tu korzenie i szukać własnych, lokalnych odniesień, choćby w burzliwych dziejach słowiańskiego miasta przechodzącego w ręce polskie, duńskie, niemieckie, szwedzkie czy nawet  francuskie . Historia oblężeń szczecińskiej twierdzy to fantastyczny materiał do arcyciekawych rekonstrukcji.

Więc  choć Powstanie jest mocno obecne w naszej pamięci, rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego nie jest chyba najlepszą okazją do budowania naszej szczecińskiej opowieści za pomocą militarnych rekonstrukcji. /Podobnie jak dla Wrocławia/. W trudną historię tych ziem Powstanie Warszawskie nie wpisuje się naturalnie. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że dla wielu ekspatriowanych ze wschodu przyszłych szczecinian związek /a może nawet wiedza/ o Powstaniu były nikłe. Klęska Powstania odbiła się pośrednio i na Szczecinie, i na innych miastach Polski zachodniej, rozbiórkami i milionami cegieł wywożonymi na odbudowę zniszczonej Warszawy. Czy nie czyni to kartonowej barykady tym bardziej groteskową?

Jednoczmy się więc może w tym dniu, w Szczecinie, w pamięci, której towarzyszy poważna refleksja, zaduma i rozmowa, a nie gry wojenne.

Po tym wszystkim nie sposób nie wspomnieć o niezwykle wzruszającym, nie tylko dla warszawiaka, filmie „There is a city”. Gdzie zagrało wszystko. Pamięć subtelna, lecz żarliwa, wpisana w ciągłość Warszawy, miasta które się odrodziło i dzisiaj tętni życiem zamierając jednak na moment w godzinie „W”. Tam wszystko znajduje się na swoim miejscu.

Zastanawiam się ciągle czy o potędze polskiego ducha, upadku i odrodzeniu Warszawy lepsze świadectwo daje grupka ludzi biegających z karabinami na drugim krańcu Polski, czy serce nowoczesnego miasta ruszające do dalszego biegu po chwili zadumy. Już chyba wiem. A Wy?

PS

Kilka dni po powstańczej rekonstrukcji miałem przyjemność uczestniczyć w wolińskim Festiwalu Słowian i Wikingów. I naprawdę bawiłem się świetnie. Potężne chłopiska okładały się radośnie mieczami, aż skry leciały. Nikogo nic tam nie uwierało, nikomu nic nie ciążyło. A jeśli nawet nasi przodkowie przewracali się w kurhanach, to mam nadzieję, że nam profanom to jednak wybaczą.

Makary Krajewski

Zdjęcia pochodzą z archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Tags:

Zostaw odpowiedź