Z-M-P: Kawior z wiadra i olimpijski niepokój, czyli refleksje polondyńskie.

21 sierpnia 2012 13:127 komentarzy


Kawior z wiadra.

Luty 1994. Trwają właśnie Igrzyska w Lillehammer. „Jeździliśmy dziś na łyżwach ponad trzy godziny, masz jeszcze siłę gapić się na to samo w telewizji?” zapytał z niedowierzaniem mój tata. „Tak” odparłem spokojnie. „Lodowisko niedługo stopnieje, a Olimpiada się skończy. Muszę się nachapać”. Następnego dnia ojciec był wielce ciekaw od kiedy to mianowicie interesuje mnie biathlon. Wyraził też wątpliwości w kwestii moich szans na uprawianie tego sportu, jako że wielogodzinne wpatrywanie się w ekran musowo popsuje mi wzrok.

Zakończone właśnie Igrzyska w Londynie oglądałem w ilościach homeopatycznych. Głównie starty Polaków, acz i to bez specjalnego zaangażowania. I nie, wcale nie chodzi o to, że na letniej Olimpiadzie hokeja na lodzie, ani biathlonu nie uświadczysz. Rzecz też nie – co wydawałoby się prostym wytłumaczeniem – w mojej metryce. Owszem, lat mam dziś nie 13, a 31, a przeróżne aktywności fizyczne, w tym jazdę na łyżwach, uprawiam z dziećmi, nie z tatą (choć czasem też).

Wkrótce po Lillehammer założono nam kablówkę. Na następne zimowe Igrzyska musiałem, co prawda, tak czy siak czekać cztery lata. Niemniej, z dnia na dzień mój świat maniaka sportu uległ niewyobrażalnym zmianom. Zamiast (a właściwie obok) siermiężnej telewizji publicznej, transmitującej coś raz od wielkiego dzwonu, miałem dostęp do prawdziwego, zagramanicznego Eurosportu, DSF-u i chyba czegoś tam jeszcze.

Zabawne, prawda?

Kilka(naście) lat później nadszedł moment, w którym cyfrowy dekoder i/lub komputer podłączony do w miarę sensownej sieci zapewnić może dawkę sportowych transmisji zdecydowanie przekraczającą ludzkie zdolności odbioru. Rozgrywki dowolnej dyscypliny; z dowolnie wybranego zakątka świata; komentowane w dowolnie wybranym języku; live, re-live, bądź highlights; 24 godziny na dobę, 365 dni w roku. W ‘94tym oddałbym pewnie za taki stan nerkę i płuco. Dziś mam poczucie – i chyba nie jestem w nim odosobniony – że święto i powszedniość nawzajem się wykluczają. Co więcej, wydaje się, że ludzka możność przeżywania sportowych emocji jednak nie jest ograniczona. Poszczególne starty, mecze, turnieje i inne imprezy zlewają się w jedną, homogeniczną papkę.

Kawior pochłaniany chochlą z wiadra to już nie kawior, tylko ordynarne rybie jaja.

Znaczenie kart.

Z wiadra, czy nie, ktoś za ten kawior płaci. I, oczywiście, chciałby coś w zamian. Jednym z gorętszych tematów londyńskiej Olimpiady była „zasada nr 40” zabraniająca sportowcom reklamowania indywidualnych sponsorów. Przyznam, że solidaryzuję się z protestującymi przeciw temu przepisowi. Za darmo to, za przeproszeniem, nawet w zęby nie można dziś dostać, a już na pewno nie przygotować się do Igrzysk. Skoro więc jakaś firma zdecydowała się wspomóc tego, czy innego atletę, zakaz eksponowania jej logo zasłonięty mamrotaniem o coubetrenizmie uważam za szczyt hipokryzji. Zwłaszcza w sytuacji, gdy oficjalnie przyklepani przez MKOl darczyńcy czerpią z Olimpiady ile wlezie, a pamięć o panu baronie mają w głębokim poważaniu.

We wczesnej fazie londyńskich zmagań spory szum powstał wokół zaskakująco licznych wolnych miejsc na wielu arenach. Winą z początku obarczono tzw. rodzinę olimpijską: przeróżnych działaczy, prezesów, delegatów i innych takich, którym MKOl przydzielił znaczną część – w domyśle: niewykorzystanych – wejściówek. Szybko jednak okazało się, że problem może leżeć w… kartach. Nie, nie. To nie tak, że międzynarodowe leśne dziady dostały bilety, lecz zamiast iść i oglądać, zamknęły się w hotelu i dawaj rżnąć w remika, czy inną kanastę. Źródeł karcianego zamieszania szukać należy raczej u jednego z głównych sponsorów Igrzysk.

Martin Samuel, czołowy brytyjski publicysta sportowy, opisał przypadek dwóch nastolatków zakochanych w hokeju na trawie. Chłopcy udawali się – z biletami w rękach – na dwa niezwykle atrakcyjnie zapowiadające się spotkania turnieju olimpijskiego. I tak się na to wyjście cieszyli, że aż rodzice postanowili ich dofinansować i zachęcić do zakupu wejściówek na kolejne rozgrywane tego dnia mecze. Po całym zamieszaniu z wolnymi miejscami wydawało się, że jakieś bilety po prostu muszą być dostępne.

I rzeczywiście, były. Tyle, że nie w kasie, a w internecie, zaś płacić za nie można jedynie kartą. Piętnastolatkowi – nawet brytyjskiemu – nieczęsto zdarza się posiadać kartę kredytową, toteż chłopaki telefonicznie poprosili rodziców o pomoc. Rodzice odpalili komputer, znaleźli właściwą stronę, po czym dowiedzieli się, że do odbioru zakupionych wejściówek niezbędna jest obecność właściciela karty. I w ten oto sposób młodzi adepci hokeja, zamiast obejrzeć kolejny mecz, zostawili parę funtów w barze szybkiej obsługi. Żeby jasność była: bar ów należy do sieci, która – podobnie, jak wydawca kart – sponsoruje Igrzyska.

Bratanki?

Polskę i Wielką Brytanię sporo ostatnimi laty łączy. My jeździmy do nich zarabiać, oni do nas (halo, Kraków!?) rozrabiać, więc okazji do kontaktów nie brakuje. Podczas tych kontaktów ujawnia się całkiem sporo podobieństw kulturowych i mentalnych, specjaliści od tych spraw mogliby je z pewnością zidentyfikować, niemniej, jako żeśmy w dziale Sport, skupmy się może na tej właśnie płaszczyźnie.

Zarówno my, jak i Brytyjczycy organizowaliśmy tego lata wielkie imprezy sportowe. W obu przypadkach skończyło się na ogólnym – no, z wyjątkami – zadowoleniu. Co do wyjątków, powody do narzekań też były raczej zbliżone: znacznie przekroczony budżet, pilne wydatki potrzebne gdzie indziej, ogólny kryzys zachęcający raczej do oszczędności, nie do szastania miliardami na sport, obawy przed transportowym chaosem…

Niestety, na tym podobieństwa się jakby kończą. Gołym okiem widać, że na wielu polach Brytyjczykom poszło z Olimpiadą znacznie lepiej, niż nam z Euro. Polscy piłkarze wypadli na ME blado, podczas gdy poddani Elżbiety II uplasowali się w medalowej klasyfikacji Igrzysk na doskonałym 3cim miejscu, przegrywając jedynie z niedościgłymi Amerykanami i Chińczykami. Również patrząc na sprawę „krzyżowo” łatwo dostrzec, że oni u nas (ćwierćfinał) zrobili więcej, niż my u nich (uporczywe ciułanie medali i miejsce pod koniec 3-ciej dziesiątki).

„Ale jak to?!” fuknie ktoś. „Wiadomo przecież, że Zjednoczone Królestwo to kraj znacznie silniejszy gospodarczo od Rzeczpospolitej. Więcej mogą wydać na przygotowania, to i lepsze wyniki osiągają!” Co racja, to racja. Jednakowoż, wracając do kwestii finansowych, zestawiając tegoroczne ME i IO można się nieco zdziwić. Otóż my na połowę Euro wydaliśmy prawie 30 miliardów USD, ich cała Olimpiada kosztowała „zaledwie” połowę tej kwoty. O, pewnie. Brytyjczycy nie musieli powiększać dworców, ani budować autostrad, które to inwestycje mają służyć Polakom długie lata po zakończeniu kontynentalnego czempionatu. Z drugiej jednak strony, londyńskie obiekty olimpijskie zostały pomyślane w ten sposób, by z ich użytecznością po Igrzyskach nie było większego problemu. Czego u nas o Stadionie Niepotrzebnym i przeszacowanych obiektach Śląska i Lechii powiedzieć się nie da.

Na koniec jeszcze jedno podobieństwo: i my, i oni narobiliśmy sporo szumu wokół „importowanych reprezentantów”. Przy czym i tutaj brytyjskie zamieszanie wydaje się cokolwiek większe. O ile bowiem nasze „farbowane lisy” co najwyżej grywały w młodzieżówkach swych poprzednich ojczyzn, tak wśród „Plastic Brits” znalazła się m.in. pani, która zanim została poddaną królowej, zdążyła wystąpić w – jak najbardziej seniorskich – reprezentacjach Kuby i Sudanu.

Igrzyska w dychę.

Polscy sportowcy przywieźli z Londynu dziesięć medali. To dokładnie tyle samo, ile udało się uzbierać w Atenach i Pekinie. Dlaczego zatem akurat tym razem możni rodzimego sportu, na czele z ministrą Muchą, łupią pięścią w stół i nawołują do zmian? Czyżby kolory się nie zgadzały? No tak, dwa złota, dwa srebra i sześć brązów to niewątpliwie słabiej, niż 3-2-5, a w szczególności 3-6-1. A może po prostu państwo decydenci uznali, że do trzech razy sztuka i więcej takiej fuszerki tolerować nie zamierzają? Też możliwe.

A przecież w dzisiejszych realiach ta dziesiątka powinna zostać uznana za pokaźny sukces. Było nie było, została wywalczona przez reprezentantów nacji, której uśredniony przedstawiciel nie potrafi pływać, ani nawet przebiec stu metrów bez osiągania stanu przedzawałowego, zaś najczęściej uprawianym przezeń sportem jest sprint z mieszkania na parking.

Pójdź, dziecię! Ja cię uczyć każę!

„Amerykanie też są grubi, a ile medali mają!” – słyszę. Tak. Ale Amerykanie mają System. Półtora roku temu na łamach Netkultury dość szeroko rozpisał się na temat tegoż Systemu Jarek Kolasiński, obśmiewając ideę zamknięcia siatkarskiej Plus Ligi (Na wierzbie gruszki, czyli siatkarski popko-rn z ligowej pietruszki). System mają też m.in. Brytyjczycy (do nich jeszcze wrócimy), których apetyt najwyraźniej rośnie w miarę konsumpcji kolejnych sukcesów. Trzecie miejsce w medalowej klasyfikacji XXX IO nie położyło naszych zakanałowych bratanków na laurach i już myślą oni, co by tu zrobić, aby było jeszcze lepiej. O! Może by tak zwiększyć obligatoryjną liczbę godzin WF do dwóch? „Do dwóch?” – spyta polski czytelnik, świadom tego, że u nas są aż trzy. Tak, do dwóch. Dziennie.

Argument o braku usportowienia polskiego narodu da się pozornie łatwo skontrować. No bo jak to tak? Przecież tyle tych Orlików napowstawało. Sam pan, panie Pawłowicz, masz dwa w promieniu kilometra od własnej chałupy. Jeszcze bliżej masz pan świeżo postawioną krytą pływalnię, odkrytą siłownię sztuk dwie, nieco dalej dwa skateparki, a co zimę sztuczne lodowisko. I to wszystko w niedużej, powiatowej mieścinie! Czego tu zrzędzić, trza się ruszać! I wiele racji miałby taki hipotetyczny czytelnik. Tyle tylko, że pan Pawłowicz Mistrzem Olimpijskim już nie zostanie. Nie te lata. Nie pojedzie też na Igrzyska w roli zawodników gros ludzi, którzy wspólnie z piszącym te słowa użytkują wyżej wymienione, niewątpliwie wspaniałe obiekty.

Dla przykładu: faktycznie nieodległy basen odwiedzam dość często. I zazwyczaj w części przeznaczonej do pływania, nie wodnych igraszek, jestem albo najmłodszym, albo przynajmniej jednym z najmłodszych uczestników. Tam panie w jesiennej młodości relaksacyjnie ćwiczą żabkę, siam pan, który pewnie mógłby być moim tatą, mierzy się z własnym rekordem na dwie setki motylkiem, owam wreszcie grupka ludzi pi razy zęby w moim wieku trenuje wytrzymałość pokonując kolejne długości. My już, powtarzam, na Olimpiadzie nie wystąpimy. Tymczasem pięć minut spacerkiem od pływalni znajduje się podstawówka, do której uczęszcza moje starsze dziecię. Wśród nich potencjalne sportowe klony Otylii Jędrzejczak, ba, może nawet Michaela Phelpsa. Ile razy B. i jej klasowe towarzystwo odwiedzili basen w zeszłym roku szkolnym? Zero. Okrągłe zero.

Zero odwiedzin na basenie, stadionie, bieżni, etc. to zero szans na wyłowienie sportowych talentów, jakie niewątpliwie wśród tej naszej dzieciarni są. Bo przecież nie jest prawdą, że Polacy to naród upośledzony ruchowo, niezdolny do osiągania wyników w wyczynowych zmaganiach. Nie jest też prawdą, że podstawówka mojej córki jest jakoś szczególnie uprzedzona do sportu. Z paroma chwalebnymi wyjątkami, lekcje wychowania fizycznego od wielu, wielu lat wyglądają w polskich szkołach tak samo: przychodzi pan/i każe trochę pobiegać, trochę poskakać, a najczęściej rzuca piłkę i mówi „macie, pograjcie sobie”. O tym, że taki stan rzeczy niesie wiele niekorzystnych konsekwencji społecznych, już w Netkulturze pisałem (Refundacja do decyzji PZPN). Natomiast w kontekście osiągnięć medalowych nie da się ukryć, że pozwalając naszym hipotetycznym Otyliom i Phelpsom bis obrastać w tłuszcz najzwyczajniej w świecie pozostaniemy sportowym liliputem.

A pozwalamy nad wyraz gorliwie. Nawet na tych naszych kulawych wuefach biegają, podskakują i grają tylko te dzieci, którym akurat rodzice nie załatwili lewego zwolnienia lekarskiego, bo przecież ich latorośle w szkole „mają się uczyć, a nie za piłką ganiać!” To jest w ogóle swoisty paradoks. Pokolenie dzisiejszych trzydziestoparolatków, ludzi wychowanych na huśtawkach, trzepakach i podwórkach, usilnie robi ze swego potomstwa kaleki. A już na ciągoty swoich pociech do sportu wyczynowego patrzy niczym na skłonności do narkomanii. Zwłaszcza, gdy – mniej, lub bardziej zasadnie – dostrzega przed tymi pociechami świetlaną przyszłość w innych dziedzinach życia.

Money, money, money…

Dlaczego? Wbrew pozorom, jakieś tam powody dałoby się znaleźć. Zakładając, że mowa o prawdziwych zawodowcach, nie o quasipiłkarzach, co to odbębnią półgodzinny trening, a resztę mają w nosie, wyczyn wymaga poświęceń. Postawienia wszystkiego na jedną kartę. Podporządkowania całej swojej egzystencji ścisłemu, katorżniczemu reżimowi ćwiczeń. Owszem, nagroda bywa wspaniała. Z relacji medalistów olimpijskich – którym w tej kwestii wypada wierzyć – wiadomo, że nie ma piękniejszych chwil nad te, kiedy to właśnie ty stajesz na podium. A jak jeszcze to właśnie tobie grają Mazurka… Tyle, że wstąpić na to podium – bądź chociaż o nie powalczyć – udaje się garstce. Rzesza natomiast odpada gdzieś po drodze.

Opisywaliśmy niedawno w Netkulturze przypadek Waltera Winklera, prosząc o dar serca w postaci zrzutki na jego protezę. Udało się. Dzięki ofiarności wielu ludzi pan Winkler ma nową nogę. Ale przecież sam fakt, że trzeba było organizować taką akcję dla ratowania zdrowia byłego reprezentanta Polski to zwyczajnie wstyd dla całego naszego sportu. Takich wstydów jest więcej. Czasem, jak w przypadku narciarza Józefa Łuszczka, informacje o nich pojawiają się w mediach. Ilu jednak anonimowych byłych sportowców żyje w skrajnej nędzy, łapiąc się byle jakiej roboty, nierzadko na czarno, byleby tylko mieć co do garnka włożyć? O naprawianiu zmaltretowanego latami treningów organizmu zazwyczaj nawet nie marzą.

Tak, Drogi Czytelniku, wiem. Strasznie łzawo mi się to napisało. Ale czy w świetle opisanych wyżej faktów trudno się dziwić, że przeciętni rodzice raczej niespecjalnie się cieszą, gdy ich dziecko oznajmia „mamo, tato, chcę być (dajmy na to) zapaśnikiem”?

Czy dałoby się coś z tym zrobić? A pewnie. Wystarczyłoby przestać wiązać sportowe emerytury z medalami i potraktować je jak środek socjalny stosowany w przypadku konieczności, nie premię za zasługi. Powiedzmy sobie otwarcie, czy znany i lubiany prezes PZPN, Grzegorz Lato, potrzebuje olimpijskiej emerytury, tego lichego dodatku do pięćdziesięciotysięcznej prezesowskiej pensji?

Wciąż zostając w temacie pieniędzy, wróćmy na chwilę do kwestii systemu. Skoro – jak ustaliliśmy wyżej – nie szkoły, to może kluby? Zewsząd słychać, że kluby miały się dobrze za peerelu, bo wtedy były przywiązane do zakładów, resortów, były fikcyjne etaty i było dobrze. A teraz na kluby nie ma pieniędzy. Bzdura. Po trzykroć, mili państwo, bzdura. W Polsce z publicznej kasy idą na sport naprawdę imponujące sumy. Tyle tylko, że są wydawane w idiotyczny sposób. Prosty przykład: w samym tylko roku bieżącym miasto Gliwice wspomoże klub piłkarski Piast kwotą dwunastu milionów złotych. Popularne Piastunki to – jakby ktoś się nie orientował – tegoroczny beniaminek Ekstraklasy, posiadający, jak to zwykle w takich przypadkach, jasno określony cel na przyszły sezon: nie spaść. Dla porównania, w swych złotych czasach cały Polski Związek Judo dysponował rocznie połową tej kwoty. Dziś złote czasy należą do odległej przeszłości i dżudocy muszą sobie radzić za niespełna trzy miliony.

„Dobrze” – powie ktoś – „ale przecież piłka nożna jest bezsprzecznie najpopularniejszą dyscypliną w RP, zaś judo to typowy sport olimpijski, zauważany raz na cztery lata”. Owszem. Tym bardziej – zastrzegam: piszę to jako zdeklarowany fan futbolu – kluby piłkarskie powinny radzić sobie na własną rękę, a publiczne dofinansowanie pozostawić dyscyplinom, które cieszą się znacznie mniejszym zainteresowaniem sponsorów, reklamodawców i innych darczyńców. Poza tym, z tego, co pamiętam, w judo miewamy czasem jakieś medale. A w piłce ostatni dwadzieścia lat temu, z dopingowym smrodkiem w tle. Od tamtej pory nasi futboliści ani razu nawet się na Igrzyskach nie pojawili. Trudno też ich jakoś mocno chwalić za występy na – w tym przypadku znacznie bardziej prestiżowych – Mistrzostwach Świata i Europy, o międzynarodowych konfrontacjach klubowych przez litość nie wspominając.

Podstawowy efekt działania naszego, pożal się Boże, systemu klubowego jest taki, że tuczeni na państwowym garnuszku panowie piłkarze gnuśnieją, a reprezentanci sportów olimpijskich klepią biedę. I my jeszcze sarkamy na dziesięć medali? Pocieszne.

Zmiany, zmiany, zmiany…

Z tego pociesznego sarkania urodziło się m.in. poolimpijskie expose ministry Muchy. Oprócz paru ogólników w typie wspierania sportu masowego (kto? za co? w jaki sposób?) znalazła się w nim zapowiedź zmian polskiego sportu olimpijskiego w kierunku modelu brytyjskiego, czyli – uwaga! – ścisłej specjalizacji. Z pozoru syćko piknie i nadobnie. Gołym okiem widać przecież, że wysyłanie na Igrzyska wielosetosobowej (w Londynie i tak nie było z tym najgorzej) zgrai turystów bez żadnych szans na jakikolwiek przyzwoity wynik szeroko mija się z celem. Warto by zatem nieco tę zgraję zacieśnić. Kiedy się jednak przyjrzeć bliżej…

Zostawmy może na boku ten prosty fakt, że bezpośredni import cudzych rozwiązań kończy się zazwyczaj pomysłami w podobie sadzenia palm kokosowych w sercu Puszczy Białowieskiej. Przyjrzyjmy się konkretom: reprezentanci Zjednoczonego Królestwa podczas XXX IO zajmowali punktowane (1.-8.) miejsca w dwudziestu pięciu dyscyplinach. Dyscyplinach, nie konkurencjach. W osiemnastu zdobywali medale. Niewąska ta ich wąska specjalizacja, prawda?

Ale cóż, być może Joanna Mucha nie uważa, aby Brytyjczycy przygotowywali się według modelu brytyjskiego. Niewykluczone, myśli pani ministry krążą czasem po orbitach niedostępnych zwykłemu zjadaczowi chleba. O co zatem chodzi z tą „ścisłą specjalizacją”? Na chłopski rozum wypadałoby założyć, że powinniśmy się specjalizować w dyscyplinach, w których już obecnie jako-tako sobie radzimy. Tyle tylko, że takich dyscyplin w zasadzie… nie ma. No dobrze, jest siatkówka, w której zdarza nam się osiągać sukcesy (choć, niestety, od wieków nie olimpijskie) i w której widać nawet jakieś podstawy systemu. Są skoki narciarskie i podobno także (tu, przyznaję bez bicia, kompletnie się nie znam) kolarstwo górskie.

Siatkówka? Świetnie, ale jest to dyscyplina wymagająca – zwłaszcza w swej męskiej odmianie – określonych warunków fizycznych. Taki mikrus, jak piszący te słowa (181 cm wzrostu) raczej nie miałby w niej czego poszukiwać. A wraz z nim ogromna większość naszego społeczeństwa. Skoki? Też świetnie, jednak tutaj trzeba wysoce specjalistycznego sprzętu. No i poza wąskim skrawkiem południowej Polski jest to dyscyplina kompletnie nieuprawiana. Wreszcie, jest to sport zimowy, a mówimy jakby o Igrzyskach letnich. MTB? Znów świetnie, ale co, jeśli ktoś nie lubi – bez skojarzeń poproszę – pedałować?

To w czym będziemy się specjalizować? Może wylosujemy? Ale jaką metodą wybierzemy metodę losowania? Jasełka.

Dobrze, że mamy Lowella Husseya. Szkoda, że futbol amerykański nie jest sportem olimpijskim.

Olimpijski niepokój.

 Podobno Ministrem Sportu w Polsce – i nie jest to kolejny prztyczek w ucho pani Muchy – „od zawsze” zostaje taki polityk, który już absolutnie do niczego innego się nie nadaje. I niby nic dziwnego. Na co dzień ci co bardziej zdolni przydają się w „ważniejszych” resortach: gospodarce, finansach, sprawach wewnętrznych i zagranicznych… Sport tak, czy siak przebija się do publicznej debaty jedynie podczas wielkich wydarzeń. Wkrótce po nich natychmiast z afisza znika.

 No właśnie, Drodzy Czytelnicy. Skończyło się Euro, skończyła się Olimpiada, za chwilę skończy się też bajdurzenie minister i medialnych specjalistów od wszechrzeczy. Powiedzieli, co wiedzieli i starczy. Lecąc Sienkiewiczem (Kubą, nie Henrykiem), wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak, jak jest.

 Że to smutna pointa jak na takie długaśne wynurzenia? A pewnie, że smutna. Wesoło to jest na boisku. Trampki na nogi i do dzieła. I dzieci zabrać ze sobą proszę. Może za dwanaście lat pogadamy w bardziej radosnym tonie.

ZMP

PS.
Autor chciałby serdecznie podziękować Piotrowi Gawinowi, Leszkowi Kraszynie, Kamilowi Rosiakowi, Bartoszowi Wróblewskiemu oraz blogowemu komentatorowi o pseudonimie Jakas1 za mimowolny, acz bezcenny wkład w powstawanie tego tekstu.

—————————————
W tekście wykorzystano zdjęcie Paula Covana /© PaulCovan/Bigstock.com/ przedstawiające pomnik Olympic Rings w katarskiej Dosze. W oryginalnym kontekście obiekt jest oryginalnym artystycznie odzwierciedleniem olimpijskich aspiracji Kataru. Jako ilustracja artykułu o polskim sporcie zdjęcie ma wymiar zupełnie metaforyczny, mamy nadzieję, że jasny dla Czytelnika. – Redakcja.
Tags:

7 Komentarzy

  • Co do znużenia sportem w tym endless summer:
    „(…) Nie, nie aby lato było dziś mniej miłe
    Niż wówczas, gdy noc wzruszała pieśń smętna
    Lecz każdą gałąź ta nuta znużyła
    Słodycz w nadmiarze to rzecz obojętna”

    W. Szekspir sonet 102.

    Ba, ze wstydem powiem, że już w okolicach ćwierćfinału Euro byłem syty do granic wyrzygu – choć bólowi brzucha towarzyszyła radość. Olimpiadę odpuściłem bez żalu neimal w całości.

    Słuchaj, a może jako głupi naród (an masse) złożony z głupich ludzi mających w miejscach niestosownych zdrowie własnych dzieci nie zaśługujemy na wielki sport? Może nie zasługujemy tez na kulturę fizyczną krzewioną wśród najmłodszych? Sam widzę, że Orliki zbudowano dla nas – pięknych 30-letnich. W sobotę brakowało nam 2 osób do składów, zwrócilismy się do licznej, miejscowej gównarzeri (od 14 do 20 lat) przesiadującej na pobliskich ławeczkach. Ze skutkiem wiadomym. Po cholere uszczęśliwiać ludzi na siłę? Poczekajmy, ludzie sami się zorientują, gdy nadejdzie czas przekroczenia masy krytycznej. Jak u Kacznmarskiego
    „(…)Że hekatomba historię oczyści
    Jak wiatr las czyści ze sczerniałych liści
    By pole bitwy gniło dla winnicy”

    • Scovron, ale czy my (znaczy piękni trzydziestoletni) naprawdę jesteśmy głupsi, niż – z całym dla niego szacunkiem – pokolenie naszych rodziców? Dlaczego mój tatko, jak mnie wyciągał na dwór czy to deszcz, czy słoneczna spiekota, to był jednym z wielu, a ja, robiąc to samo, jestem postrzegany jako hmmm… ekscentryk?

      Co do uszczęśliwiania na siłę, wkrada mi się tu jakiś dysonans. W porządku, możemy odpuścić kulturę fizyczną en bloc i radośnie zająć się hodowlą tkanki tłuszczowej i powikłaniami chorób stawów (podobno wielce interesujące). Tylko w takim wypadku odpuśćmy sobie te jęki, że na Olimpiadzie „tylko” dziesięć medali, hm?:)

      pees.
      Twój oryginalny komentarz – jak widzisz:) – się znalazł:)

  • Czyli jakieś makabryczne opóźnienie było:)

    Wiesz, głupotę/mądrość można postrzegać w różnych konfiguracjach. Nasi ojcowie i my sami nie byliśmy ani mądrzy ani głupi idąc pokopać w piłkę w nam współczesnym układzie współrzędnych. Głupie mogło być zaniedbywanie nauki przez to, ale jeśli nie zaniedbywaliśmy, to było to neutralne – świat nie oferował nam wiele ciekawszych zajęć nad haratanie w gałę. Teraz oferuje – stąd brak wyboru symbolicznego podwórka jest głupie – jeśli alternatywą jest haratanie w gałę wyłacznei na managerze piłkarskim, lub inne takie.

    (Edyta: spamołap wychwytuje chyba obce linki, nie rób tego więcej:) odezwę się prywatnie w wiadomej sprawie – z-m-p)

    • No dobra. Tylko że inne nacje mają na swoich kompach poinstalowane dokładnie takie same menedżery, jak my i popatrz, jakoś im to nie przeszkadza. To raz. Dwa: ja jeszcze (jako tako) jestem w stanie zrozumieć tę mnogość wyboru w przypadku dzieciaków z mid’lklasowych ‚dobrych domów’ z dużych miast. Bo one faktycznie i do kina mogą pójść (nie czekając dwa miesiące na zmianę repertuaru), i do co bardziej modnej knajpy, i tu, i tam, i siam. Stąd też pewnie znany nam obu Airborell ma rację każąc czekać na rozwój mid’lklasowych dyscyplin. Jednak jak sobie patrzę na swój grajdołek, to tutaj wachlarz opcji wcale się przez te naście-dwadzieścia parę lat przesadnie nie poszerzył. Komp/tv, tuning skutera, albo łojenie browców i kopcenie kanabisu pod blokiem. Owszem, dziś jest nieporównywalnie więcej kanałów, no i (prawie) każdy ma sieć. Ale przecież my też grzebaliśmy w motorynach i odkrywaliśmy zalety pokątnej alkoholizacji i ziołolecznictwa. A i pewnie ludzie przed nami także. Więc co, głównym sprawcą zmiany tego układu współrzędnych jest szeroko dostępna elektronika? Jakoś wciąż trudno mi w to uwierzyć.

  • NIe,elektronika jest aktualną normą spędzania czasu, w internet wyewoluowało podwórko. Innym nacjom nie przeszkadza – ale w takiej Anglii normą jest BRANIE udziału w wf, nie mówiąc o tygodniowej liczbie godzin tych zajęć. U nas to co nazywasz MC jest na etapie zachłyśnięcia się bezrefleksyjną możliwością mówienia „nie”, stąd banda kretynów załatwia lewe zwolnienia. Swoją drogą – czy możemy mówić o wykształceniu się w Polsce MC? Bez podbudowy intelektualnej i niezależności ekonomicznej? Kim jest tą MC? Kowalski jeżdżący suvem i mający wielką chałupę, a to wszystko zbudowane na kredycie otrzymanym w 2008 roku? Do wykształcenia się MC potrzeba czasu i przynajmniej dwóch pokoleń żyjących na okreslonym poziomie, aby sposób myślenia był MC, nie zaś „jak mnie koronują na króla, to ja szybko łaps koronę, berło i w nogi”.

    • W porządku. Wciąż jednak pozostaje kwestia dlaczego „to, co nazywam MC” nie jest w stanie (refleksynie, czy bez) odpowiedzieć „nie” na pytanie „czy oczekujecie worka medali na Olimpiadzie?”

      /czy możemy mówić o wykształceniu się w Polsce MC?/

      Długi temat. Porównując naszą, raczkującą MC z zachodnią, na pewno nie. Z drugiej strony, opisany przez Ciebie Kowalski znacząco różni się od Malinowskiego, który pożycza nie w banku, a w Providencie i nie na suva, a na spłatę zaległych rachunków.

      • Owszem, różnią się – ale podobnie różni się Kulczyk od Królowej Brytyjskiej, a pomimo to żadne z nich nie jest MC. W ogóle MC był jeden – był to MC Hammer.

Zostaw odpowiedź