Niezwykła rozmowa muzyczno-filmowa, czyli spotkanie ze Stanisławem Syrewiczem

23 maja 2012 15:130 komentarzy

Różne przypadki, szczęśliwe i nieszczęśliwe, jak to mówi przysłowie, chodzą po ludziach. Nie wiem jakie to zrządzenie szczęśliwego losu sprawiło, że miałem ogromne szczęście spotkania z niezwykle wybitnym artystą, znakomitym kompozytorem, twórcą muzyki filmowej i autorem piosenek współpracującym z wielkimi światowymi gwiazdami filmu i estrady – Panem Stanisławem Syrewiczem. Spotkanie to miało dla mnie wartość tym większą, że związane było z bardzo ważnym dla mnie wątkiem osobistym. Nie tak dawno ośmieliłem się zwierzyć Czytelnikom Netkultury z refleksji jakie niosła dla mnie stara, winylowa płyta zatytułowana „Dedykacja”, zawierająca wiersze największych polskich poetów magicznie przełożone na język piosenki przez plejadę polskich aktorów i muzykę właśnie Stanisława Syrewicza. Płyta dla mnie tak ważna, bo słuchana w czasach gdy potrafiły nas kształtować i wzbogacać na całe życie muzyka, wiersz, spektakl teatralny. Ważna również dlatego, że stała się pretekstem do rozmowy, którą Państwu teraz prezentuję i która wprowadza nas w niezwykle rozległy obszar zainteresowań twórczych Artysty.

Jeśli mogę się jeszcze podzielić ostatnią osobistą refleksją, to powiem, że prowadząc rozmowę z Panem Syrewiczem miałem bardzo optymistyczne wrażenie czegoś co nazwałbym powiewem wolności. Wolności osobistej wynikającej z wolności myśli, skromności i otwartości mojego Rozmówcy, i wolności twórczej jaką może dać tylko wybitny i poszukujący wciąż talent oraz artystyczny sukces, który zwykle temu wszystkiemu towarzyszy.

Również z tego powodu polecam Państwu lekturę tego wywiadu szczególnie gorąco.

                                                                                                                                                                Jacek Toczkowski

 

Wywiad publikujemy w przededniu XV Festiwalu Muzyki Filmowej w Łodzi poświęconego twórczości Stanisława Syrewicza. O czym również piszemy na łamach Netkultury.

 

Stanisław Syrewicz fot. K.Lipiński

 

Jacek Toczkowski: Zacznijmy może od tego, co pewnie bardzo często pojawia się w rozmowach z Panem, czyli wróćmy na chwilę do Pana dzieciństwa. Mówiąc nieco żartem, ale i zupełnie serio, zwrot „cudowne dziecko” w odniesieniu do Pana nie był tylko sloganem. Miał Pan na to, jak to się mówi, „bardzo mocne papiery”.

Stanisław Syrewicz: /ze śmiechem/ Tak, nawet do dzisiaj mam te papiery, nie jest tam napisane „cudowne dziecko”, ale wynika z nich, że komisja z ówczesnego Ministerstwa Kultury i Sztuki, która zebrała się by ocenić moje umiejętności, no może nie umiejętności jeszcze, ale talent, zadecydowała o przyznaniu mi stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki. Z jej polecenia Pani Profesor Maria Wiłkomirska, która wtedy była jednym z najlepszych profesorów „od fortepianu” w Polsce, wzięła mnie do siebie do klasy. Stypendium, które otrzymałem z ministerstwa służyło między innymi na pokrycie kosztów lekcji i dojazdów. Mieszkałem wtedy z rodzicami w Zduńskiej Woli i musiałem dojeżdżać pociągiem do Łodzi, ten pociąg śni mi się do dzisiaj.

Wspominał Pan w którymś z wywiadów, że Pana rodzice pochodzili z Kresów Wschodnich m.in. ze Lwowa. W mojej rodzinie również byli lwowiacy i wiem, że ludzie z tamtych stron byli twardzi, opierający się najgorszym przeciwnościom, ale też weseli, otwarci, również muzykalni i rozśpiewani. Czy ten kresowy rys był  w Pana rodzinie obecny?

Mój ojciec pochodzi z Wileńszczyzny, mama jest lwowianką i ich spotkanie nigdy by nie nastąpiło gdyby nie wojna. Spotkali się w Uzbekistanie, gdzie zostali, po wcześniejszym aresztowaniu, zesłani do sowieckiego obozu pracy. Kontakt moich rodziców z tzw. „niemieckim najeźdźcą” był żaden, Niemców praktycznie nie widzieli. Moja mama była działaczką studencką, tata również działał w jednej z katolickich organizacji społecznych i oboje byli na tyle „widoczni”, że aresztowano ich praktycznie zaraz po wkroczeniu Rosjan. Po wojnie rodzice zamierzali wrócić do Lwowa. Ja się urodziłem na Zaporożu, na dalekiej Ukrainie, na stepie, gdzieś tam daleko był Lwów. Gdy okazało się, że Lwów już nie będzie polski, rodzice przyjechali do Polski i zamieszkali w Zduńskiej Woli pod Łodzią.

Ale jeśli mam konkretnie odpowiedzieć na Pana pytanie, to moja Mama pochodziła z dobrej mieszczańskiej rodziny, gdzie dzieci grały na fortepianie, były kształcone muzycznie itd, ale też rodziny niezwykle  patriotycznej. Moje ciotki, siostry mojej mamy, które do dzisiaj mieszkają we Lwowie, prowadziły tam przez pięćdziesiąt lat polską szkołę, którą ukończyło około tysiąca dzieci. Za tę działalność zostały uhonorowane m. in. przez Prezydenta i Instytut Pamięci Narodowej. Również to świadczy jaka to była rodzina, jak przywiązana do polskości, świadoma, że resztki polskości na tych terenach trzeba zachować, żeby się nie rozpadły, szczególnie po wojnie. Kresowy rys do dzisiaj…

Pytałem o pańskie korzenie rodzinne nieprzypadkowo, bo Pana sukcesy twórcze w obszarze muzyki, teatru, filmu to oczywiście zasługa Pana talentu, ale chyba też duże znaczenie dla rozwoju tych pasji miał wpływ Pana mamy?

Tak, w pewnym sensie tak. Od początku byłem „karmiony” literaturą. Po ukończeniu Akademii Muzycznej, wobec tego jak byłem wychowywany w domu, nie chciałem się ograniczać tylko do muzyki. To literackie „zarzewie” było tak silne, że trzy lata po studiach postanowiłem zdawać na reżyserię do Warszawskiej Akademii Teatralnej. To były wtedy studia podyplomowe i bardzo duża konkurencja. To co wyniosłem z domu sprawiło, że dostałem się za pierwszym podejściem, przecząc twierdzeniu, że muzycy są ograniczeni w swoim zasięgu zainteresowań /śmiech/.

Zdecydowanie przecząc. Przecież jeszcze na studiach były i sukcesy kabaretowe, i Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie.

To był rok 1970. Konkurs na najlepszego wykonawcę Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie wygrała wtedy Natasza Czarmińska z piosenką Wojciecha Trzcińskiego, a my, z moją byłą żoną Katarzyną Lengren, autorką tekstu, wygraliśmy konkurs na najlepszą piosenkę dzieląc nagrodę ex aequo z brodatym bardem z Krakowa Andrzejem Sikorowskim.

Kompania "Dedykacji" w pełnej krasie

Przeglądałem zestawienie Pańskich dokonań związanych z teatrem i jest to dorobek imponujący. Pisał Pan muzykę do bardzo wielu różnych stylistycznie spektakli, współpracował Pan z najlepszymi polskimi reżyserami – Hubnerem, Grzegorzewskim, Hanuszkiewiczem i wielu innymi, sam Pan reżyserował spektakle. Muszę zapytać czy te obszary Pana twórczości miały wpływ na Pański warsztat kompozytorski? Bo to co mnie uderza, choćby w mojej ukochanej „Dedykacji”, to harmonia muzyki z tekstem literackim, dająca niesamowitą komunikację ze słuchaczem. Naprawdę nie przesadzam, ale dzięki Panu pokochałem już na zawsze Kubiaka, Gałczyńskiego czy Leśmiana. Ich wiersze do dzisiaj mi dźwięczą Pańskimi nutami.

Ogromnie się cieszę, to naprawdę duży komplement. Dla mnie słowo i obraz są, i zawsze były, inspiracją. Muzyka, jako struktura sama w sobie, nigdy nie była mi bliska. Komponując najlepiej czułem się w kontekście wizualnym czy literackim. „Dedykacja” była tylko wyborem piosenek z wielu programów telewizyjnych robionych przez Michała i Krystynę Bogusławskich. To były programy poświęcone „poezji śpiewanej”. To określenie ma trochę niedobre zabarwienie, bo nie wiadomo – czy to poezja czy  piosenka. Nie wiadomo jak zakwalifikować. W każdym razie programów było bardzo wiele. Telewizja powinna je jeszcze gdzieś tam mieć w swoich przepastnych archiwach. Ta praca była ogromną frajdą. Nie tylko dlatego, że była to praca ze wspaniałą literaturą, ale też dlatego, że brali w tym udział wspaniali aktorzy. Na przykład wiedziałem, że Daniela /Olbrychskiego – JT/ stać na taką ekspresję a nie inną, a poczucie humoru Piotrka Fronczewskiego czy Marka Kondrata jest takie, że można je było w określony sposób zawrzeć w piosence. To była śmietanka aktorów tamtej epoki i ten kontekst był również niezwykle ważny. Pojawiają się pomysły by spróbować nagrać te utwory jeszcze raz, z nowym pokoleniem aktorów, którzy się liczą i którzy umieją śpiewać, ale to oczywiście przedsięwzięcie, które wymagałoby nakładu środków finansowych i organizacyjnych.


… ale z tego co wiem jakieś utwory z „Dedykacji” będą mieli okazję usłyszeć widzowie i słuchacze XV Festiwalu Muzyki Filmowej w Łodzi Pana twórczości właśnie poświęconemu.

Tak, w programie koncertów festiwalowych będzie wykonywanych między innymi kilkanaście moich piosenek. Większość oczywiście pochodzi z lat, które spędziłem poza Polską, ale myślę, że może ze dwa utwory z „Dedykacji” też się tam znajdą.

Myślę, że nie możemy pozwolić już naszym Czytelnikom dłużej czekać i musimy przejść do obszaru Pana największej aktywności i sukcesów, czyli do muzyki filmowej. Zaczęło się to wszystko w 1977r. od filmu „Oczy uroczne” Piotra Szulkina?

To było bardzo interesujące doświadczenie. Piotr był reżyserem poszukującym, pasjonatem. Film jest bardzo poetycki, nie ma w nim dialogu, są śpiewy. To było bardzo związane z moimi realizacjami teatralnymi. Również poezja śpiewana, o której rozmawialiśmy wcześniej, to były działania bliższe koncepcyjnie teatrowi niż piosence. Myślę, że ten film był na tyle teatralny, że świetnie się w tym odnalazłem. To było pierwsze doświadczenie kinowe, ale jeszcze jakby pochodzące ze świata teatru.

W takim razie Pana pierwszą „prawdziwą” realizacją filmową była chyba muzyka do serialu „Sherlock Holmes i Doktor Watson” z 1980 roku?

Tak, to było jak skok na głęboką wodę. To była najpoważniejsza polska /serial powstawał w koprodukcji polsko-brytyjskiej – JT/ produkcja telewizyjna w tamtym czasie. To był nadzwyczajny przypadek, że trafiło na mnie, bo w Polsce było wielu kompozytorów znanych z pracy w filmie. Producent i reżyser filmu szukał właśnie w tych kręgach, ale ponieważ proponował nie kompozycję muzyki do filmu a tylko aranżację, bo temat muzyczny napisał wcześniej jego  przyjaciel Ervin Drake, polscy kompozytorzy do których się zwracał nie byli tym zainteresowani. Mnie się to natomiast bardzo podobało jako nowe doświadczenie. Jak się okazało miałem dobrą intuicję, bo trzeba było napisać tyle nowych rzeczy, że temat Drake’a pozostał właściwie w muzyce tytułowej.  Co więcej, wtedy w Polsce muzykę filmową pisało się „z metra”, a potem docinało do obrazu, a ja zostałem od razu zmuszony do pisania do konkretnych scen. To była zupełna nowość, a dla mnie świetna szkoła.

Podsumowując ten okres można powiedzieć, że Pana talent i działalność twórcza rozkwitały na bardzo wielu polach polskiej kultury, a tu nadchodzą  smutne wydarzenia 1981 roku.

Wiele rzeczy nas zaskoczyło, ale z drugiej strony to było tak jak to zwykle ma miejsce przy historycznych zwrotach. Wiemy, że coś nadchodzi, nie wiemy tylko jak to nastąpi i czy wyjdziemy z tego suchą nogą. Napięcie było tak duże, że wiadomo było, że coś musi się wydarzyć. Z tym okresem łączy się taka historia, że „Solidarność” pod koniec roku 1981r. miała wejść na antenę, mieć audycje w radio i telewizji. Ogłoszono więc konkurs na tzw. „dżingiel” i ja ten konkurs wygrałem. Mam do dzisiaj odcinek rezerwacji na lot powrotny z Paryża do Warszawy na… 13-go grudnia, bo właśnie mieliśmy ten dżingiel nagrywać. Ale samoloty przestały latać. Pozostanie w Paryżu nie było więc świadomą decyzją o wyjeździe z Polski, czekała nas za to ciężka próba odnalezienia się w chaosie jaki powstał.

Ale na szczęście była to koniec końców próba udana…

Tak, dzisiaj myślę też o tym jak o dużej szansie. Z drugiej strony po Sherlocku Holmesie miałem bardzo dobre samopoczucie /śmiech/ i rozpoczęcie w Paryżu grania w knajpie czy „do baletu”, bo musieliśmy się przecież jakoś utrzymać, przywróciło mojemu spojrzeniu właściwe proporcje. Często brakuje nam pokory i u mnie ta pokora zaczęła się kształtować kiedy spadłem z piedestału do roli akompaniatora. Jednocześnie jednak bardzo starałem się o powrót do formy w której byłem w Polsce. To był trudny ale i bardzo ciekawy okres.

Już w pierwszym roku pobytu za granicą udaje się Panu wejść w środowisko muzyczne i to z najwyższej półki.

To też ciekawa historia, bo choć nie mówiłem ani słowa po francusku, udało mi się wejść w muzyczne środowisko. Nie pamiętam już w którym miesiącu tego pierwszego roku udzieliłem wywiadu dla „Le monde de la musique”. Trochę to było tak, że stan wojenny uruchomił we francuskich mediach ogromne zapotrzebowanie na kogokolwiek z Polski. To spowodowało, że udało mi się spotkać ludzi z tzw. „wyższej półki” środowiska muzycznego. Z drugiej strony muzyka, którą mogłem zaprezentować została uznana za na tyle oryginalną brzmieniowo, że udało mi się wejść w kręgi ludzi związanych ze znaną wytwórnią „Island Records”. To byli ludzie, którzy produkowali muzykę pop, a tu nagle Chris Blackwell zdecydował się podpisać kontrakt ze mną, na muzykę z zupełnie innej bajki. To się wzięło stąd, potem się tego dowiedziałem, że zauroczyła ich moja umiejętność pisania melodii. Co się później z tą melodią stanie, jak ona zostanie zaaranżowana, to już była sprawa publishera.

W tym miejscu naszej rozmowy możemy otworzyć kolejny rozdział w Pana twórczości czyli komponowanie piosenek dla plejady muzycznych gwiazd. Yves Montand, Marianne Faithfull, Jon Anderson i wielu innych.

Tak, pracowałem z wieloma artystami, ale nie wszystkie projekty zostały ostatecznie sfinalizowane. To oczywiste, że finalna realizacja projektu muzycznego zależy od wielu rzeczy – oczywiście finansów, dobrej woli, entuzjazmu, sytuacji rynkowej. Kilka gotowych projektów będących owocem współpracy czy to np. z Yves Montand’em czy Marianne Faithfull /produkcja inspirowana Orwellowskim „Rokiem 1984”/ musieliśmy odłożyć. Ale oczywiście wiele niezwykle ciekawych projektów udało się doprowadzić do końca.

A jakie były początki komponowania muzyki do filmów?

Kontrakt z Island Records był kontraktem który opiewał na napisanie okreslonej ilości piosenek w roku. Spotkałem w tym czasie swojego przyszłego menadżera, który z jednej strony zobaczył potencjał i zbiór moich piosenek. To była jedna droga, ale chciał również spróbować eksploatować i drogę filmową. Udało się to bardzo szybko, a co więcej pierwszym filmem jaki zrobiłem w Anglii była produkcja w reżyserii słynnego Johna Frankenheimera – hollywoodzki „The Holcroft Covenant” z Michaelem Caine’m w roli głównej. To miał być mój zachodni debiut, dla mnie to był prawdziwy szok. Ale udało się, dostałem ten film. W tym samym roku napisałem muzykę do filmu Andrzeja Żuławskiego „Narwana miłość” z Sophie Marceau.


Skomponował Pan muzykę do bardzo wielu filmów, chyba blisko setki. Uderza niezwykła różnorodność Pańskich ścieżek dźwiękowych i łatwość poruszania się pomiędzy różnymi muzycznymi stylami. Muszę więc zapytać o warsztat i specyfikę pracy nad filmem.

Bardzo się cieszę, że wspomniał Pan o tej różnorodności. Kompozytorzy, szczególnie w USA, są szufladkowani. Jeżeli ktoś komponuje muzykę do komedii romantycznej czy filmu akcji to ciężko mu z tego wyjść. Zawsze uciekałem w Polsce, we Francji czy w Wielkiej Brytanii, od tego by być zakwalifikowanym jako kompozytor przynależący tylko do jakiegoś określonego środowiska czy stylu. To po prostu leży w mojej naturze. Ciekawią mnie eksperymenty, pastisz, wędrówki w kierunku muzyki zupełnie innej niż ta z którą można by mnie kojarzyć. Podchodzę do każdej realizacji bardzo indywidualnie i nie boję się zaatakować obszarów, które pozornie wydają się dalekie od mojego warsztatu.

Nie mogę w tym kontekście nie zadać pytania o margines wolności twórczej jaką ma dzisiaj kompozytor muzyki filmowej. Wydaje mi się, że w ostatnim czasie ten margines się, delikatnie mówiąc, kurczy.

Dużo o tym mówiłem i mówię, bo to co się dzieje po wprowadzeniu elektroniki na tak dużą skalę powoduje to, że muzyka filmowa zamienia się często w „sound design”. Reżyser, który poszukuje „bezpiecznych rozwiązań” przestaje być partnerem kompozytora.  Jest oczywiście cała masa filmów niezależnych, robionych przez twórców poszukujących, próbujących razem coś szczególnego wspólnie odnaleźć. Ale to kino niszowe, na pewno trudno mówić o czymś takim w kinie komercyjnym. Kino komercyjne ucieka od indywidualnych decyzji. To dotyczy zresztą wielu obszarów różnych działań artystycznych. Zaczynają rządzić księgowi i jeśli pojawia się coś co odbiega od sprawdzonego wzorca, to ryzyko staje się nagle zbyt duże by je podjąć. To zaczyna przypominać produkcję kiełbasek, do których dodaje się takie ingrediencje by smakowały wszystkim, a jak coś smakuje każdemu to jakość takiego produktu, umówmy się, musi być przeciętna.

To zjawisko ma niestety powszechny wymiar. Moim zdaniem coraz rzadziej można usłyszeć w tzw. medialnym mainstreamie naprawdę oryginalną piosenkę popową. Czy jest na taki utwór jakaś dobra recepta?

Od razu trzeba powiedzieć, że nie ma takiej uniwersalnej recepty. W tej chwili jest coraz mniej piosenek powstających poza zespołem, który ją śpiewa czy poza solistą, czy solistką. Bardzo często jedna osoba komponuje, produkuje, wykonuje i pisze tekst. Kiedyś większa ilość ludzi była zaangażowana w pisanie piosenki, a wokalista był jej interpretatorem. Łatwiej poszukać recepty na oryginalność w zespole. Jednak w tej chwili każdy autor-wykonawca ma takie ciśnienie żeby szybko zaistnieć, że poszukuje wzorców, które się sprawdziły. I są to najczęściej wzory anglosaskie. Czerpie z nich też kultura francuska, którą dobrze znam, ale we Francji zachowuje się specyfikę nacisku na tekstową warstwę piosenki. Problem stanowi, że to co oryginalne, świeże, te  muzyczne, że tak powiem, „drożdże”, ten zaczyn, który można dostrzec np. w klubach muzycznych, nie mogą wyrosnąć. Mój menedżer był w którymś momencie szefem Arista Records i chodziłem z nim na koncerty do klubów by pomóc „wyłapywać” talenty. To było fascynujące, naprawdę fascynujące, jak te „drożdże” tam rosną. Ale niestety potem na masowym rynku pojawia się produkt jednorazowego użytku, który generują te wszystkie oszałamiające talent show. Nikt nie inwestuje w rozwój tych ludzi, a im nie opłaca się być oryginalnymi, bo to się po prostu nie sprzedaje.

Wróćmy może w tym kontekście do muzyki filmowej, kilka albumów z Pana kompozycjami filmowymi osiągnęło duży komercyjny sukces i czołówki brytyjskich list przebojów, również w kategorii pop. Na rynku polskim, mimo, że mamy znakomitych kompozytorów filmowych taki sukces byłby chyba niemożliwy. Czy można powiedzieć, że u nas muzyka filmowa jest niedoceniana, powiedziałbym, niszowa?

Nie mam takiego wrażenia, absolutnie. Proporcjonalnie wszędzie jest tak samo jeśli chodzi o, w cudzysłowie, „niszowość” tej muzyki. W Polsce jest określony rynek filmowy i produkcje filmowe oraz dystrybutorzy wpływają na ten gatunek muzyki. Jest absolutnie uniwersalną zasadą, iż jeśli mamy bardzo dobrą muzykę w filmie, który, powiedzmy, jest średni, to ta muzyka nigdy nie zdobędzie szerszego uznania. Kto będzie lansował muzykę z filmu typu – „Przepraszam jaki tytuł? A, to nigdy nie słyszałem.”  Tu jakby jest cały pies pogrzebany.

W promocji muzyki filmowej bardzo ważną rolę może spełnić radio.W Wielkiej Brytanii, o której Pan wspomniał, sukces płyty z moją muzyką do filmu „The Choir” był sukcesem opartym na rozgłośni radiowej FM Classic. Słucha jej sześć czy osiem milionów ludzi, i w momencie kiedy FM Classic uzna coś za interesujące, mają taką siłę przebicia, że np. moja „płyta klasyczna” dobiła do czwartej pozycji na liście pop ze sprzedażą ponad 200 tysięcy egzemplarzy tylko w Anglii.

Czyli odpowiednio lansowana muzyka filmowa może zyskać rzesze słuchaczy.

Jest pewna grupa ludzi wrażliwa na ten typ muzyki. Tylko ta grupa jest rozproszona, nie może się przebić przez kulturę masową. Wystarczy zobaczyć jakie rzeczy mają największą ilość kliknięć na Youtube, to jest czasem przerażające /śmiech/. Ale absolutnie nie chcę żebyśmy tak negatywnie na to patrzyli. Trzeba się cieszyć z tego co do nas dociera z obszaru  ambitniejszej, interesującej muzyki. Oczywiście muzyka o której mówimy może nie przekłada się na potężny sukces komercyjny, ale jest grupa ludzi, którzy będą ją wybierać, tworzyć, słuchać. To dotyczy również mnie. Chociaż mnie oczywiście bardzo interesuje również pop…

No właśnie, w programie koncertów festiwalu w Łodzi pojawią się również piosenki.

… tak, to będzie około dwunastu piosenek, do których aranżacje pisze Krzysztof Herdzin. Bardzo jestem ciekaw jak zostaną odebrane, zwłaszcza, że będą to praktycznie premierowe wykonania. To będzie dla mnie niezwykle ciekawe doświadczenie jak zareagują ludzie na utwory, które są z pogranicza muzyki poważnej i muzyki pop, bo przecież w muzyce pop też się jakoś odnajdywałem. Mam nadzieję, że uda się te utwory wydać na płycie.

Powiedzmy może trochę więcej o Festiwalu Muzyki Filmowej w Łodzi, który będzie Pana twórczości poświęcony. Z tego co wiem program obejmie, że tak to nazwę, „część instrumentalną” i koncert piosenek. Jak to dokładnie się będzie odbywać?

Czy będzie to w dwóch oddzielnych częściach, czy będzie się to mieszało jeszcze nie zdecydowaliśmy, ale istotą jest, że chciałbym pokazać w Łodzi trzy suity orkiestrowe o różnym temperamencie. Jedna będzie pochodzić z filmu „Ferdydurke”, którą już kiedyś orkiestra radiowa nagrała. To muzyka według mnie  bardzo gombrowiczowska. Będzie też muzyka z „The Clandestine Marriage”, będąca pastiszem baroku. Muzykę tę nagrywałem ze słynną orkiestrą Academy of St. Martin in the Fields, czyli jedną z najlepszych orkiestr grających muzykę barokową. Będzie też muzyka z filmu „Nora” opowiadającego o biografii James’a Joyce’a czyli stylistycznie końcówka dziewiętnastego wieku.

 A piosenki pochodzą z różnego repertuaru. Będzie między innymi piosenka którą napisałem z Diane Keaton, będzie piosenka pisana dla Jose Carrerasa z tekstem Don’a Black’a /jednego z najwybitniejszych autorów tekstów, wymienić wystarczy choćby taki przebój jak „Diamonds are forever” wykonywany przez Shirley Bassey jako  piosenka tytułowa do jednego z Bondów – JT/, będzie piosenka z musicalu napisanego z Normanem Gimble’m, też wybitną postacią, autorem tekstu do „Killing me softly”, będą też utwory z innych moich realizacji musicalowych.  Będzie też „To nie ja byłam Ewą” w męskim wykonaniu, z oryginalnym tekstem Don’a Black’a, bo to z nim napisałem tę piosenkę w oryginale.

Zapowiada się to wszystko wyśmienicie. Pozostaje więc tylko wszystkich miłośników doskonałej muzyki zaprosić na łódzki festiwal. A ja chciałbym niezwykle serdecznie podziękować za rozmowę i poświęcony nam czas.

Dziękuję bardzo i również serdecznie zapraszam do Łodzi.

Warszawa, maj 2012

Zamieszczone jako ilustracje wywiadu fotografie publikujemy dzięki uprzejmości Pana Stanisława Syrewicza – JT.
Tags:

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź