(5) Euro tuż tusz… – Z-M-P: Niech żyje bal!

15 maja 2012 15:043 komentarze

Euro tuż tusz… czas kończyć. W momencie ukazania się czerwcowego numeru Netkultury Mistrzostwa Europy będą trwały w najlepsze. Najprawdopodobniej będziemy już nawet wiedzieć, czy naszym Orłom uda się pierwszy raz od niepamiętnych czasów przejść pierwszą fazę turnieju rangi mistrzowskiej, czy też znów skończy się – tfu, tfu! – na trzech meczach „o”. Macie zatem Państwo przed oczyma ostatni odcinek mojego cyklu. W ciągu ostatnich czterech miesięcy starałem się Państwu przybliżyć aspekty organizacji Euro, które zazwyczaj unikają mainstreamowym mediom, nic już nie mówiąc o PRowo rozwrzeszczanych działaczach i politykach. Tak się złożyło, że pisałem głównie o sprawach trudnych: przepłaconych stadionach, znikomym wpływie ME na rozwój kultury fizycznej w naszym kraju, niezasypanych, głębokich rowach zionących wzdłuż genderowych i narodowościowych linii demarkacyjnych…

Oczywiście, te problemy nie ulegną samorozwiązaniu. Drugiego lipca nie skonstatujemy z zadowoleniem, że ktoś opracował genialny plan zagospodarowania Stadionu Niepotrzebnego, a także sprawił, że lada moment polskie dzieci przestaną przypominać pączki w maśle i nadmorskie sosenki. Nie okaże się także, że w miejsce idiotycznych kompleksów i animozji dorobiliśmy się relacji z naszymi wschodnimi sąsiadami opartych co najmniej na szacunku. I… trudno. To wszystko musi poczekać. Teraz zaczyna się bal.

/rys. Magdalena Jemielity/

A bal to jest nad bale. Czternaście najlepszych drużyn Europy zjeżdża do Polski i Ukrainy akurat w momencie, gdy przewaga Starego Kontynentu nad resztą świata urosła do rozmiarów niespotykanych chyba nigdy w historii futbolu. Podczas dwóch ostatnich Mundiali jedynie Urugwaj zdołał wykonać wyłom w europejskiej dominacji i wedrzeć się do półfinału. Rozbici wewnętrznymi konfliktami interesów iberoamerykańscy giganci, Argentyna i Brazylia, od lat nie potrafią przeciwstawić się Hiszpanom, Niemcom, czy Holendrom. Ekipy z Azji i Czarnego Lądu, parę(naście) lat temu śmiało spoglądające w oczy światowej czołówce, ostatnio jakby spuściły z tonu i miast o detronizacji tradycyjnych potęg, myślą raczej, jak by tu nie tracić do nich dystansu. A przecież i bez tego Mistrzostwa Europy od dawna uchodziły za najtrudniejszy turniej reprezentacyjny na świecie. Teraz, gdy przyjeżdża do nas creme de la creme globalnej kopanej, ten pogląd nabiera dodatkowej mocy. Tu nie ma łatwych przeciwników, rozdających punkty kelnerów, z którymi mecze można potraktować na zasadzie sparringów przed poważniejszymi wyzwaniami. Tu od pierwszego gwizdka wszystko dzieje się na serio. Cieszmy się tym, bo…

…drugi raz nie zaproszą nas wcale. A raczej my ich nie będziemy mogli zaprosić. Trudno doprawdy oczekiwać, by w przewidywalnej przeszłości Polska (samodzielnie, czy we współpracy z jakimkolwiek sąsiadem) otrzymała szansę organizacji imprezy o podobnej randze. Mundial? Następny wolny termin: 2026. Patrząc na wybranych już gospodarzy kolejnych edycji (Brazylia, Rosja, Katar), raczej żeśmy na to za biedni. Olimpiada? Paradoksalnie prędzej, aczkolwiek w chwili obecnej taki wysiłek zdecydowanie przerasta nasze zdolności organizacyjne. Poza tym, patrząc na to, co stało się z Grecją po Atenach, może jednak dajmy sobie spokój. Puchar Świata w Rugby? Bądźmy poważni.

Przede wszystkim jednak, takiego Euro już nie będzie. I nie chodzi o jego lokalizację, przynajmniej nie tylko. Za cztery lata we Francji zagrają dwadzieścia cztery drużyny. Z jednej strony różnica niewielka. Z drugiej – przeogromna. Poprzednie rozszerzenie (ostatni ośmiozespołowy turniej odbył się w Szwecji w 1992gim, pierwszy szesnastozespołowy – w Anglii w 1996tym) stanowiło dostosowanie Mistrzostw do Europy. Bo Europa się liczebnie rozrosła. Po rozpadzie ZSRR oraz Jugosławii powstało kilka nowych, silnych reprezentacji, co w zestawieniu z ogólnym wyrównaniem poziomu uczyniło ośmiodrużynowy format zbyt ciasnym. Poza tym, format szesnastodrużynowy oferuje bajecznie proste zasady rywalizacji. Po dwie najlepsze drużyny z każdej grupy awansują do ćwierćfinału, reszta wraca do domu. Nie ma małych tabel, zestawiania ze sobą punktów zdobywanych na innych rywalach, ani żadnych wynalazków tego typu. Format dwudziestoczterozespołowy to sześć grup po cztery drużyny, z których do domu pojadą jedynie „szczęśliwi dzierżawcy” czerwonych latarni oraz dwóch pechowców z trzecich miejsc. Cała reszta gra dalej. Wreszcie, polsko-ukraiński turniej jest najprawdopodobniej ostatnim, do którego odbyły się porządne eliminacje. Dwadzieścia cztery zespoły to przecież prawie połowa z pięćdziesięciu trzech krajowych federacji zrzeszanych przez UEFA.

Mamy więc szansę ostatni raz pójść w takie tango (i nie jest to żadna aluzja do nazwy piłki, którą rozegrane zostanie Euro). Ostatni raz powieść prawdziwego europejskiego poloneza. Nie zmarnujmy jej. Nawet, jeśli już niedługo będziemy musieli płacić kupcom z Jarmarku Europa, by wrócili na stare śmieci, a ortopedom i dietetykom, by doprowadzili nasze dzieci do stanu używalności.

Tags:

3 komentarze

  • Niesmiało zauważę, że w 2014 będziemy gospodarzami MŚ w męskiej siatkówce, a wcześniej nieco ME. Mimo wszystko nie jedynie wokól kopanej sportowy świat się kręci.:) Więc żegnająs się (sic!) z futbolowym wydaniem Euro, nie zapominajmy o innych sportach, zeby nie było tak, jak w przypadku ME w koszykówce, które niezbyt wypaliły, kiedy je nie tak dawno organizowaliśmy.

  • Tak. Bal to jest nad bale! I dobrze.
    Niech przyjadą na te przepłacone stadiony europejczycy (futbolczycy??). Niech potem opowiedzą, tam u siebie, że fajnie było …
    W Polsce.
    Że się po… … … kibicowało, też.
    I, że taki kraik jest, w Europie.
    Dowiedzą się o tym, gdzieś tam, w zakątkach, gdzie nauka geografii zajmuje 1 godzinę w tygodniu.
    Gdzie jest Polska!
    To mało?

  • I obyśmy nie zadali sobie pytania…po co nam to było 🙁

Zostaw odpowiedź do Hufnagiel