Jacek Rojewski: Cholonek czyli dobry Pan Janosz

15 maja 2012 15:002 komentarzy

 

„Od czytania człowiek tylko głupieje.”

                                                           Świętkowa

Świętkową znam już całkiem dobrze, mógłbym słuchać i słuchać jej wielowątkowych monologów i mądrości życiowych zabrzańskiej straganiarki, ale z tym akurat kawałkiem jej życiowej mądrości zgodzić się nie mogę. Bo widzicie droga Pani Świętkowa, bez tego czytania to ja bym bym Pani  w ogóle nie poznał.

Nie poznałbym ulicy Oślowskiego w Porembie i przebogatego wszechświata mieszkańców kopalnianych familoków. Nie poznałbym Pani rodziny, Pani chopa Świętka, cer Waszych, ich chopów – Stanika, Detlefa, Jankowskiego też. Nie poznałbym całego panoptikum sąsiadów Waszych – Koenigów, Widerków, Pelków, szynkarza Kapicy, nieszczęsnego Gryzoka i wielu wielu innych. Nie zajrzałbym do międzywojennego Zabrza, do zakątka  będącego kwintesencją lumpenproletariackiego Górnego Śląska, miejsca pełnego osobliwości, barw, zdarzeń, plotek, woni, miłości, nienawiści, zabobonów, modlitw, podłości i życzliwości. A wszystko to posplatane jak warkocz gryfnej dziouchy.

 „Zapach związany jest z rodzina jak hymn z narodem. Psy też się nim kierują.”

Bo gdzież mnie gorolowi nad gorole w tę krainę zaglądać. Mnie daleko nawet i do Cieszyna, i Zagłębia. Ja jako ten najduch z drugiego końca Polski, rzucony w strony bez korzeni. Nawet się zapachu swojego nie dorobiłem i do dzisiaj nie wiem czy mi dom ukraińskim barszczem pachnie, czy flakami po warszawsku, czy tez może do woni niemieckiej gotowanej kapusty winienem się odwoływać.

Z zazdrością więc chłonę obrazy Górnego Śląska ze słynnej trylogii Kutza,  losy Rodziny Pasterników z serialu „Blisko coraz bliżej”, czy nawet „Magnata „Filipa Bajona oglądam. Choć zdaje sobie sprawę jak powierzchowny to ogląd, jak mała jest moja znajomość Śląska, to wiem jedno, słowo identyfikacja dźwięczy tam głębiej i dźwięczniej niż u mnie za progiem. Zaraża ono nawet asymilujących się na Śląsku coraz bardziej goroli, których rzesze napłynęły na Śląsk po wojnie. Tworzy się kolejne oblicze śląskiej wspólnoty, opartej już nie tylko na stereotypie czarnego złota  i dymiących kopalnianych hałd. Tworzy się też całkiem niezły obieg i eksport dzieł śląskiej kultury. Jedno zaklęte na stronicach książki i w deskach teatralnej sceny wodziło mnie na pokuszenie od lat.

Aż w końcu uwiodło na dobre.

Moi śląscy krewni, bliscy i znajomi, czy to z Katowic, czy Bytomia, czy Czeladzi, czarowali mnie zaklęciem o nazwie „Cholonek”. Kryło się pod nim rewelacyjne przedstawienie katowickiego Teatru Korez, gromadzące od lat komplety  zachwyconej publiczności i książka Horsta Eckerta – Janoscha.

Człowiek jest tym czym go uczynią rodzice

No właśnie Horst Eckert – Janosch – ŚLĄZAK. Postać indywidualnie wielka i niezwykle tragiczna zarazem. Horst Eckert urodził się w 1931r. w jednym z familoków przy Beckerwegstrasse, w miejscowości Hindenburg, czyli ówczesnym Zabrzu, jako syn Jana Eckerta i  jego żony Jadwigi. W ten oto sposób wkroczył w magiczny i okrutny świat śląskich familoków. Świat lumpenproletariatu, świat pełen najtańszego alkoholu, dymu i palonej machorki. Świat fizjologicznie pojmowanego seksu pomieszanego z plebejskim katolicyzmem i dewocją. Dżunglę nędzy, chciwości i bezlitosnego cwaniactwa. Miejsce pełne domorosłych filozofów, ludowych mądrości i ludzkiej głupoty skończonych idiotów.

Ale też świat tradycji, rodzinnych i sąsiedzkich więzów  a nade wszystko opanowanej do perfekcji sztuki przetrwania, również wspólnego. Miejsce pełne łez i śmiechu, tragedii i dowcipu. Miejsce wojennej grozy, nie wolne od kolaboracji z nazizmem.

Dzieciństwo zapisało się więc w psychice małego Horsta straszliwa traumą i napiętnowało go na całe życie. Ojciec alkoholik, okrutny nauczyciel i katecheta wychowujący go w obsesji grzechu, okropności wojny – to bagaż, który go już nigdy nie opuścił /Janosch przez wiele lat walczył z alkoholizmem i dolegliwościami wyniszczonego organizmu/. Mimo to do dzisiaj opisuje tę śląską traumatyczną,  rzeczywistość jako magiczną.

W 1945r. Horst Eckert z rodziną zostaje wysiedlony do Niemiec, w podróży o mało co nie umiera na żółtaczkę. Eckertowie osiadają w Oldenburgu, gdzie Janosch pracuje w zakładach włókienniczych jednocześnie ucząc się rysunku. Następnie w latach 50-ych próbuje szczęścia w artystycznym świecie Paryża, potem podejmuje studia na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium skąd wylatuje za…brak talentu.

Diagnoza nie była zdaje się zupełnie prawidłowa gdyż Eckert zaczyna wydawać ilustrowane książeczki dla dzieci. Legenda głosi, że jego pseudonim – Janosch – narodził się właśnie przy wydaniu pierwszej z jego dziecięcych opowieści o furmanie i koniu Wałku. Ponoć wydawca wymyślił dla Eckerta polsko brzmiącego Januscha, jednak przy składaniu książeczki pomylił się zecer. Tego wszystkiego jednak dokładnie nie wiadomo, jak zresztą wielu rzeczy o Janoschu bo jego życiorys nieustannie miesza się z legendą. Swoją biografię zna dokładnie chyba tylko on sam.

Mimo trudnych początków Janosch jako bajkopisarz odniósł  ogromny sukces. Jego bajki znają dzisiaj dzieci na całym świecie, również w Polsce. Ujmują one realizmem, nie ukrywają przed dziećmi mniej sielankowych stron naszej rzeczywistości, ale jednocześnie pełne są ciepła i humoru. Najbardziej znana para jego bajkowych postaci czyli Miś i Tygrysek oraz ich słynna tygrysia kaczka uczyniły Janoscha milionerem /choć plotka głosi, że Janosch majątek utracił/ i zapewniają mu miejsce w panteonie pisarzy literatury dziecięcej.

Janosch nie ucieka jednak i od spraw poważniejszych. Jest, co zrozumiałe biorąc pod uwagę jego okropne doświadczenia, antyklerykalny, walczy z dewocją i bigoterią współczesnego katolicyzmu. Do historii przechodzi jego spór z premierem Bawarii Stoiberem po publikacji karykatury Janoscha w Der Spiegel, na której  ksiądz podczas chrztu przybija dziecku krzyż gwoździem do czoła.

W 1980r. Janosch wyjeżdża na stałe na Teneryfę gdzie mieszka obecnie. Od Śląska jednak nie mógłby uciec i nie ucieka. Mówi o sobie:

jestem Ślązakiem, to moja narodowość, moja religia” .

I tu powracamy do Cholonka.

W 1970r. Horst Eckert wydaje debiutancką powieść „Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny”. W książce, która tak naprawdę wydaje się książką autobiograficzną, zamyka cały mikroświat śląskiej rzeczywistości w której się wychował.

Książkę wydano w Polsce już w 1974r., fama głosi, że miała być przeciwwagą dla rodzącej się wraz z filmami Kutza śląskiej legendy. Inna wersja głosi, że był to efekt rozgrywek partyjnych frakcji, którym animozje między Śląskiem a Zagłębiem bynajmniej nie były obce.

Kolejne wydania miały miejsce w 1990 i 2011r, można więc powiedzieć, że trafiły do polskiego czytelnika w trzech zupełnie różnych historycznych momentach.  A jak czyta się „Cholonka” dzisiaj?

Biorę „Cholonka „do ręki w roku 2012. Pięknie wydanie Wydawnictwa Znak jest pierwszym wydaniem nieocenzurowanym. Z poprzednich zniknęły końcowe fragmenty książki mówiące o wyzwalaniu Zabrza przez Armię Czerwoną. Zagłębiam się najpierw w bardzo ciepły i osobisty wstęp Pana Jerzego Ilga. Wprowadza mnie on mocno w biografię Janoscha, więc na ulicę Oślowskiego wkraczam całkiem nieźle przygotowany.

Wszystko to szmelc. Ale czasem tak by się chciało usiąść na ziemi i z radości porządnie popłakać.

                                                                                 Świętek

Bo też niedaleko tej fikcyjnej ulicy Oślowskiego z kart powieści do Piekarskiej. Nie mam wątpliwości co do tego kim naprawdę jest mały, tytułowy Cholonek, ani w jakim stopniu fikcja splata się z życiorysem Autora. Pod piórem Janoscha świat drzemiący wspomnieniami w jego głowie staje się jeszcze intensywniejszy i barwniejszy. Nie mam wątpliwości, że trafiłem na dzieło wyjątkowe przy którym będę płakał to ze śmiechu to z żałości.

Już tylko archiwalium: Ulica Piekarska i familoki / źródło: Wikipedia

Opowieść dzielą między siebie bezosobowy narrator i Pani Świętek, o której wspomniałem na początku. Narracja skrzy się więc cudownym językiem, setkami anegdot i dygresji. Przewijają się przez karty powieści dziesiątki postaci. Zaglądamy do ich mieszkań, łóżek, portfeli, pijemy wraz z nimi brunatną fułę /gorzałka o sporej zawartości alkoholu metylowego/. Bijemy świniaka, dupczymy ile wlezie i modlimy się do wyimaginowanych świętych.

Janosch potrafi opowiadać to wszystko kapitalnie, znakomitym stylem godnym najlepszych szwejkowskich opowieści. Humor, ironia, cięty dowcip to wspaniałe atuty tej książki, chociaż nie można zapominać, że to opowieść w dużej części i w ostatecznym swym sensie gorzka i okrutna.

Ludzie z kart książki to nie anioły, a poprzeczka ich godności zawieszona jest tak wysoko jak na to pozwalają bieda, okazja, czy wiatr historii. Więcej tu ludzkich przywar niż cnót, więcej zwierzęcych instynktów niż humanistycznych ideałów. Tu herosów nie ma bo oni nie z takiej gliny, ludzi jest za to pełno w całej swej różnorodności..

Jak już wspomniałem osią powieści są losy rodziny Świętków kierowanej mocną ręką Pani Świętek. Poznajemy jej męża, trzy córki i zięciów, wreszcie wnuka, tytułowego Cholonka /właściwie Adolfa Cholonka syna Stanisława Cholonka i Michci z domu Świętek/. Wraz z nimi wędrujemy przez ulice Poremby /część Zabrza/ tuż przy granicy polsko-niemieckiej. Spotykamy po drodze tak barwny i oryginalny wachlarz ludzkich typów i wypadków z nimi związanych, jaki naprawdę trudno spotkać na kartach literatury. W trakcie lektury chodziło mi mocno po głowie, gdzie to ja już coś podobnego widziałem.

W końcu przypomniałem sobie – taki podobnie magiczny, hermetyczny mikroświat  pojawia się przecież i w „Stu latach samotności” Marqueza”. Świat podobnie targany wiatrami i burzami historii. Tak, tak zapewniam Państwa, że dzieło Janoscha to /przynajmniej miejscami/ literatura podobnego formatu. I myślę, że nie przesadzam bo podobne skojarzenia /Ursula Iguaran/miał także Filip Łobodzisński w artykule do którego odsyłam poniżej. A kto jak kto ale Pan Łobodzinski na literaturze iberoamerykańskiej się zna.

Mam, przyznam sie, z niniejszą recenzją bardzo poważny dylemat. Bardzo chciałbym książkę Eckerta Czytelnikom Netkultury polecić w sposób jak najbardziej osobisty. Z drugiej strony jej  dalsze streszczanie byłoby zbrodnią na zawartych w książce Janoscha przypowieściach i anegdotach. Na szczęście Wydawnictwo Znak przygotowało dla wszystkich chętnych internautów fragment książki i właściwie z nim chciałbym Państwa /o ile jeszcze się wahacie/ pozostawić.

 Fragment powieści

Książka też odbiła się tak szerokim echem, że rok 2011 będący na Górnym Śląsku  Rokiem Janoscha zaowocował potężnym katalogiem publikacji i wypowiedzi o nim i jego pracach. Korzystając z możliwości multimedialnych Netkultury z przyjemnością odsyłam Czytelników i do nich.

Mądrości spod familoka

Galaktyka familok

Tajemniczy Pan Janosch świętuje 80. urodziny

A ulica Piekarska? Dzisiaj familoków już nie ma a o końcu Piekarskiej zdecydowała budowa Trasy Średnicowej. Jednak klimat tego miejsca zachował się dzięki filmowi dokumentalnemu Anny Stępczak-Patyk

Nie powstanie raczej za to film fabularny. Namawiano na taką realizację Mistrza Kutza, ale on sam stwierdził, że nie nalezy tego robić z szacunku dla prozy Janoscha, tak bogatej, że aż nieprzekładalnej na język filmu.

Jednak w 2004r. Katowicki teatr Korez, piórem Roberta Talarczyka, dokonał wydawałoby się rzeczy niemożliwej i przeniósł książkę Janoscha  na scenę w znakomitym spektaklu, o którym również piszę w tym numerze Netkultury.

Przy okazji losów Janoscha i jego powieści nie sposób też  nie pomyśleć o dzisiejszym Górnym Śląsku i zmianach jakie zaszły w nas ostatnimi czasy. Cholonek święci dzisiaj sukcesy po obu stronach granicy i jest przyjmowany życzliwie. A przecież jest to książka, która uciera nosa wszelkim heimatowym idealizacjom, tak niebezpiecznym przy renesansie i wynaturzeniach źle pojmowanej polityki historycznej.

Nie w smak będzie Cholonek niemieckiemu Ziomkostwu, polskim secesjonistom, ale i antyautonomistom /tym od „zakamuflowanej opcji niemieckiej” np./. Jednym przypomni kolaborację z nazizmem, wbrew innym potwierdzi odrębność śląskich losów i tożsamości, jeszcze innych będzie kłuł w oczy niewątpliwymi związkami  Śląska z Polską.

A jednak jest jakoś tak… normalnie. Janosch przyjeżdża regularnie do Zabrza bez krzyków o niemieckim rewizjonizmie, witany z dumą i w aurze akceptowanej przez wszystkich śląskości. Jego powieść bawi na równi hanysów i goroli. Wyjęta ze zburzonego janoschowego familoka symboliczna cegła stała się cenioną regionalną nagrodą kulturalną /Cegła Janoscha/. A sam Janosch prosi by w polskich mediach pisać o nim Janosz, bo on trochę polski, trochę niemiecki, a w całości śląski.

Książkę „Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny” polecam jak mało co dotychczas.

Jacek Rojewski

Notka bibliograficzna:
Janosch
„Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny”
tłum. Leon Bielas
Wydawnictwo Znak
Kraków 2011

Cytaty wykorzystane w tekście jako śródtytuły pochodzą bezpośrednio z książki „Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny”.
Tags:

2 Komentarzy

Zostaw odpowiedź