Jacek Rojewski: Dziwne skutki braku słońca cz.2

15 kwietnia 2012 14:596 komentarzy

Brak słońca, jak widać po pierwszej części tego cyklu, przynosi efekty zdolne zaszokować niejednego melomana. Mnogość skutków jakie niesie ze sobą ten dziwny geograficzno-meteorologiczno-muzyczny stan jest tak wielka, że czas cykl netkulturowy temu stanowi poświęcony odkurzyć i kontynuować. Była Szwecja, dzisiaj zapraszam do Finlandii. Ale najpierw kilka słów wprowadzenia.

Postawmy sobie pytanie dlaczego Polska nie śpiewa, chociaż śpiewa cała Polska? Ta pozornie bezsensowna figura ma jednak sens głębszy. Mamy wysyp wszelakich zachodnich formatów – „Idol”, „Mam talent”, „Szansa na sukces”, „Voice of Poland”. Polacy walą drzwiami i oknami by wyśpiewać, najczęściej po angielsku, wiązanki przebojów, a potem laureaci… giną w zalewie wtórnego i monotonnego popu. Na rynek przebija się bardzo niewiele rzeczy prawdziwie oryginalnych, a wszystkie skażone są tzw. „profesjonalizmem”, który w Polsce oznacza sformatowane, spod sztancy, staranne odrabianie bezpiecznych aranżacji będących popłuczynami po zachodnich hitach. Ginie gdzieś szaleństwo, energia, a większość ciekawej muzyki spychana jest w nisze. Znamy ją bardziej z Youtube niż z radia.

Zanika w narodzie szlachetny śpiew rodem z imienin u szwagra. Wdzięk spontanicznej amatorszczyzny wolnej od konwenansu. Brak muzyki swojskiej i przaśnej, wpisanej w kulturę mieszczańską i miejską. Wyjątek może tu stanowić /niestety/ tzw muzyka biesiadna i disco polo, ale to /równie sformatowana co polski pop/ tandeta grana na jedno kopyto i jeden syntezator.

Nasuwa się też inny wniosek – polski rynek muzyczny nie ma poczucia humoru /może za wyjątkiem wspomnianego disco polo :)/. Wszystko, od hitów z list przebojów po masową szmirę, nie ma dystansu, jest na jakimś trudnym do określenia koturnie. Brak przymrużenia oka właściwego choćby naszym wschodnim i południowym sąsiadom. Gdzieś tam oczywiście są i nasi muzyczni performerzy, ale to margines. Big Cyc /szczególnie/, Leszcze, może trochę TLove czy Elektryczne Gitary. Ale to wszystko jest „za profesjonalne”, za mało wariackie, by mogło fanowi muzycznego szaleństwa zaimponować. My, /znów poza disco polo/nie mamy rodzimych wesołych naturszczyków, nie mamy już prawie muzyki ulicznej, nie mamy muzycznego happeningu, muzycznej groteski, urokliwych dziwactw, sympatycznych szaleńców. Krótko mówiąc: nie mamy Jozina z Bazin!  U nas nawet kicz jest śmiertelnie poważny, a zgrywa dostojna. Gdzieś tam w tle jest oczywiście kilku niezależnych i wielobarwnych happenerów jak  Budyń, Tymon i inni, ale to nie to czego dotyczy niniejszy cykl felietonów. Nie tylko geograficznie. Wymienieni muzycy to ukształtowani i świadomi artyści poruszający się jedynie w wybranej konwencji. Kamil Stoch może udawać Eddiego Edwardsa, ale nim nie zostanie.

Nasz cykl dotyczący muzycznego szaleństwa nieprzypadkowo poświęcony jest Skandynawii. Szaleństwo owo wyrasta zapewne ze skandynawskich krótkich dni i długich zim, mocnych wódek i specyficznego nordyckiego dziwactwa wrośniętego w ich kino, teatr, muzykę. Kto nie wierzy, niech obejrzy choćby recenzowanych w Netkulturze „Nieściszalnych”. Albo Zielonych Rzeźników. Ale to Szwedzi. O Szwedach za sprawą Eilerta Pilarma już było, dzisiaj Finlandia i… „Ptaszki z Lapinlahti”.

Natrafiłem na nich kiedyś zupełnie przypadkowo, tak jak przypadkowo zaplątał mi się przed oczy teledysk z jednym z ich hitów „Se ei kay”

Z miejsca poczułem, że to TO! Zwróćcie Państwo uwagę na specyficznie flegmatyczną energię bijącą wprost z wokalisty i jego swoiście pojmowaną żywiołowość! O rany boskie – pomyślałem – mam jeszcze szanse w szołbiznesie!

Witalność wokalisty /Mikko Kivinen/ rekompensuje jednak  niezwykłe zaangażowanie chórku /zwłaszcza człowieka w okularach – Timo Eranko/. Uderza też zaawansowanie używanych przez zespół instrumentów. Piosenka natomiast opisuje tragiczne położenie mężczyzny marzącego o wspólnych rozrywkach z ukochaną, którym na drodze stają liczne przeciwności. A to pieniędzy nie ma na przejażdżkę samochodem po mieście, a to na spływ kajakowy lubą by zabrał ale się do kajaka nie zmieścił. Podmiot liryczny ma jednak nadzieję, że tak nie będzie zawsze, w czym wtóruje mu niezmordowany chór.

To nie mogło pozostawić mnie obojętnym i oto kolejny wybuch fińskiej muzycznej energii jaki znalazłem w czeluściach internetu.

Tu z kolei w nieco pikantnym tekście opowiedziana jest historia dość niefortunnego uwodzenia pięknej kobiety. Widzimy bijący ze śpiewających subtelny erotyzm i romantyczną finezję.

Jeżeli już wchłonęliśmy tak potężną dawkę muzycznych wrażeń musimy zadać sobie pytania: KTO TO JEST!? CO TO ZA WARIACI!?

Zespół Lapinlahden Linnut powstał w 1983 roku jako uliczna orkiestra złożona z muzyków próbujących w ten sposób załatać dziury w budżecie.  Nazwa w polskim przekładzie to „Ptaszki z Lapinlahti”, Lapinlahti z kolei to dzielnica Helsinek. Fama głosi jednak, że nazwa zespołu inspirowana jest  „Lotem nad kukułczym gniazdem” i upamiętnia słynny Szpital Lapinlahti – pierwszy w Finlandii zakład dla umysłowo chorych.

Grupa powoli zdobywała coraz szersze grono fanów, wreszcie w 1985 roku wydała pierwszy album „Lapinlahden Linnut”. Piosenki Ptaków z Lapinlahti zaczęły pojawiać się również w rozgłośniach radiowych. Rzesze fanów rosły i rosły, zespół zaczął być znany również poza Helsinkami. Wkrótce muzycy zaczęli dawać około 200 koncertów rocznie. Skład zespołu ewoluował, a wraz z nim rozwijała się stylistycznie twórczość grupy. Ich muzyka jest niezwykle różnorodna i, trzeba przyznać, wraz z kolejnymi albumami coraz lepsza.

W zespole hierarchia wyznaczana jest zaiste po ptasiemu mamy więc lidera – Ptaka A oraz Ptaki B, C, D i tak dalej. Zwykle jednak każdy z Ptasząt w jakiejś piosence staje się frontmanem, a reszta wtóruje mu chóralnie. Znakiem firmowym „Ptaszków z Lapinlahti” jest  coś co Anglosasi zwą „humorous music” czyli rodzaj muzyczno-satyrycznego happeningu. To pozwala każdemu z członków zespołu wyrażać siebie niezwykle ekspresyjnie. Twórcy nigdy nie zrezygnowali z jeszcze innego znaku szczególnego – z używania dość oryginalnego instrumentarium, które towarzyszyło im jeszcze w czasach kariery ulicznej. Oto przykład:

To ewidentnie nadaje się do naszych Dziwnych skutków braku słońca, nieprawdaż?

Zespół, który w 2006r. wrócił do pierwotnego składu, ma do dziś rzesze wiernych fanów, dorobek kilkudziesięciu albumów i singli, dvd, kilkanaście teledysków, serię własnych programów telewizyjnych i udział w Festiwalu Komedii w Montreaux. Ich humor wbrew pozorom bywa bardzo ostry, obrazoburczy, a zawsze jest „zakręcony”. Znani są też z płatania sobie nawzajem potężnych i bezlitosnych psikusów, a ich programy telewizyjne aż kapią od absurdu.

Jak to może wyglądać? Proszę bardzo:

A gdyby jeszcze ktoś miał jakieś wątpliwości co do możliwości fińskich kolegów to zapraszam na partyjkę flippera.

Albo na coś takiego ku przestrodze przed Euro 2012 /uważajmy na ripleje/…

Mamy więc  kolejnych reprezentatywnych uczestników skandynawskiego cyklu o braku słońca. Grają przeciętnie, śpiewają średnio, są swojscy, przaśni, ale przy tym jakże sympatyczni i energetyzujący. Dla polskiego słuchacza to kompletna egzotyka. Wraz z odejściem w pomroki dziejów słynnego Tropicale Tahiti Granda Banda trudno wskazać jakikolwiek polski odpowiednik tego typu działań.

W Finlandii natomiast Lapinlahden Linnut są/byli stałymi gośćmi list przebojów, uznanymi muzykami i kabareciarzami w tzw. mainstreamie. No bo też jak ich nie kochać? Zwłaszcza kiedy na dworze ciemno i zimno…

Jacek Rojewski

PS

Polecam oficjalną stronę zespołu, niestety wyłącznie w języku fińskim. Panowie jak widać wciąż mają się nieźle.

Tags:

6 komentarzy

  • „…Grają przeciętnie, śpiewają średnio, są swojscy, przaśni, ale przy tym jakże sympatyczni i energetyzujący. Dla polskiego słuchacza to kompletna egzotyka. Wraz z odejściem w pomroki dziejów słynnego Tropicale Tahiti Granda Banda trudno wskazać jakikolwiek polski odpowiednik tego typu działań.”

    No wiesz Pan, Panie Jacku…
    Żeby Tropicale Thaitii Granda Banda porównywać z takim discojazzowym czymś?
    Nieladnie…

  • Milka-fioletowa

    „Zanika w narodzie szlachetny śpiew rodem z imienin u szwagra. Wdzięk spontanicznej amatorszczyzny wolnej od konwenansu”- nie zanika, ma się dobrze, a że szwagier lubi discopolo?…
    Co się gra i śpiewa na polskich weselach posłuchać warto (i po wiejskich, i po miejskich lokalach) – amatorszczyzna pełną gębą, wolna od konwenansu jak najbardziej po kilku głębszych 😉

    „Brak muzyki swojskiej i przaśnej, wpisanej w kulturę mieszczańską i miejską.” – A Ślązacy co swojsko śpiewają i tak przaśnie, że… ?? Cały swój kanał muzyczny mają w TV! Pewnie i u nich słońca nie ma, bo przez chmury dymu i pyłu zasłonięte. Chociaż… czy tam jeszcze jakieś dymy są, czy się co wydobywa? Produkuje?

    Dobry pomysł, by przedstawić „nietypowy” zespół, ale po drodze, niestety, sporo tez, z którymi trudno dyskutować.
    Nie mamy…
    nie mamy…
    nie mamy…
    Felietonista może stawiać dowolne tezy. Zrazić do siebie pół muzycznego światka też. To się tutaj z pewnością udało. Bo tezy postawione w sposób zdecydowany – bez przymrużenia oka.

    Sam zaś zespół trudno ocenić, gdy nie zna się fińskiego. Z przytoczonych zarysów treści wynika, że śpiewają o tym samym, co chłopcy ze śląskiej TV.

  • Milka-fioletowa

    Tropicale Thaitii Granda Banda – Koty za płoty Opole 1972 (YouTube)- polecam. I dzięki za przypomnienie zespołu. Kontekst, jednakże, wątpliwy.

  • To się faktycznie zrobiła niezręczna zbitka, chodziło mi o rodzaj muzycznej werwy i dowcipu nie o poziom muzyczny, bo Tropicale Tahiti Granda Banda to oczywiście inna liga. Jak najbardziej się tu korzę.

Zostaw odpowiedź