Andrzej Janiak: W imperium NKWD

15 kwietnia 2012 15:030 komentarzy

Aleksander Topolski
Biez wodki.
Moje przeżycia wojenne w Rosji.
przełożył Piotr Wilczek,
Ilustracje Aleksander Topolski,
Rebis, Poznań 2011

      Topolscy mieli różne talenty rysownicze. Feliks (1907-1989) był znanym malarzem i rysownikiem. Żył na emigracji w Londynie. Znany był z ciekawej, bardzo zawiłej, jakby trochę nerwowej kreski i portretów; rodziny królewskiej, członków dworu, parlamentarzystów oraz polskich żołnierzy z armii Andresa czy ludzi z emigracyjnego rządu R.P. Aleksander* (ur. 1923), autor ciekawych wspomnień z niezupełnie dobrowolnego pobytu w ZSRR, również  żołnierz Armii Andresa, później obywatel Kanady, swoją,  napisaną po angielsku, książkę ozdobił własnymi ilustracjami, które jako żywo przypominają rysunki i grafiki znakomitego, zawodnego plastyka. Sugestia? Magia nazwiska?

      Naturalnie, między dwoma Topolskimi, oprócz wspólnego nomem nie zaistniało żadne pokrewieństwo. Ale pomysł z ilustracjami dobry, wskazujący na wszechstronność autora, z zawodu architekta, a więc kogoś dobrze znającego arkana rysunku.

      W bogatej literaturze pamiętnikarskiej i pięknej, ukazującej losy Polaków na nieludzkiej ziemi ta książka stanowi pozycję wyjątkową. Z pewnością nie jest li tylko martyrologiczna. Pełno tu scen tryskających humorem, a nawet groteską i farsą. Tak np. obrazek z sądu, w którym nieletni biezpryzorni przerywają oskarżycielską mowę prokuratora systematycznie  wypowiadanym komentarzem „pierdol się” (s. 217), wskazuje na groteskowość sowieckiej sprawiedliwości. A zarazem na jej bezradność wobec postaw zdecydowanie negatywnych i braku stosownego paragrafu mówiącego o obrazie sądu.

      Autor nie stroni od wulgaryzmów – ciekawe jak to wygląda w angielskim oryginale – ale w ten sposób ukazuje prawdziwe życie. Nie ma tu czarnobiałych klisz. Istnieją nie tylko ofiary zbrodniczego systemu, nie tylko krzywda i cierpienie, ogrom bezprawia i rutyna pogardy, ale również ludzkie odruchy wśród oprawców; więziennych strażników, żołnierzy NKWD, łagrowych nadzorców, którzy właściwie są też ofiarami stalinizmu. Niedożywieni, zziębnięci, byle jak ubrani, brudni i zawszeni, są tylko trybikami ogromnej machiny, mielącej ludzkie mięso. Wśród nich są służbiści, nadgorliwcy w służbie paragrafu oraz tacy, którzy wiedząc, jak wygląda życie, dbają o to, aby więźniom nie było gorzej, aby przynajmniej w tych, dość ekstremalnych, warunkach mogli zachować życie i kondycję fizyczną. Tak np. kierownik więzienia w Horodni, Gruzin lub Ormianin, sądząc z opisu, naciskany przez więźniów, aby przeniósł nieletniego autora na odział małolatów, gdzie jest lepsze wyżywienie i mniejszy ścisk w celach, odpowiada: „… Zabiliby go tam, na górze. Tu jest mu lepiej” (s. 165). Zdemoralizowane sowieckie wyrostki; żuliki, oszuści, złodzieje, rabusie, nie tylko, że wszczynają ciągłe awantury, ale dla rozrywki zabiliby obcego, podejrzewając, że podrzucono im donosiciela. Młodzi kryminaliści, ów błat, towarzycho całkowicie zdemoralizowane, mają w oczach władz jedną najważniejszą zaletę; nie popełnili żądnych przestępstw politycznych. Kradli, napadali, mordowali, ale nigdy nie występowali przeciwko radzieckiej własti. Z punktu widzenia obowiązującej makarenowskiej pedagogiki, są wciąż nadzieją społeczeństwa, która po resocjalizacji wstąpi do Komsomołu, a później nawet do Partii (koniecznie duże litery). To, że proces resocjalizacji przebiega niezgodnie z „pobożnymi” (sic!) życzeniami KC PZPR, to pikuś. W komunizmie liczą się odgórne intencje, zamiary, plany.

      W pojęciu „ideowych” komunistów fakt, że resocjalizację zastępuje postępująca demoralizacja nie zasługuje na uwagę. Pierokowka dusz ma się dokonać niejako z automatu logiki dziejów. Zbrodniarz zostanie ministrem sprawiedliwości, a minister sprawiedliwości powędruje do mamra za rzeczywiste lub domniemane czyny. Oprócz prawdziwości w pokazywaniu autentycznego sowieckiego życia wspomnienia Aleksandra Topolskiego ujawniają jeszcze jeden walor. Nazwałbym go antygeneralizacją, pieczołowitością szczegółu. Niewątpliwie w tym pomaga autorowi talent narracyjny i spore zdolności obserwacji. W bogatej literaturze wspomnieniowej z okresu radzieckiej własti na okupowanych terenach dawnej R.P., często występują Żydzi. Na ogół ukazywani w niezbyt korzystnym świetle. Żydzi jako denuncjatorzy sąsiadów, jako bezwzględni i tępi komisarze sowieccy, Żydzi witający kwiatami rosyjskie czołgi, cieszący się z upadku pańskiej Polski. Gdy taki obrazek niewątpliwie prawdziwy pojawi się w jakiejś książce tropiciele z „Gazety Wyborczej” od razu wszczynają wrzask, że to antysemityzm i zaczynają przeczyć oczywistym faktom. Zamiast się zastanowić, że indywidualne wspomnienia mają walor ściśle osobisty, że owszem bywało i tak, ale również Żydzi  często padali ofiarami bolszewików, lądowali w łagrach czy więzieniach i nie wykazywali krztyny szacunku dla władzy proletariatu i rosyjskiego internacjonalizmu.

      Kto w napadzie entuzjazmu całował gąsienice paradnie wolno jadących sowieckich czołgów? Żydowska biedota i lumpenproletariat. Otumaniona sloganami, żywiąca nadzieję, że oto skończyła się dotkliwa nędza i nastanie bolszewicki raj. Dodajmy, że ich więzi z kulturą polską były żadne.
Z państwem polskim tym bardziej, bo nie mieli czego żałować.

      Kto zasilał szeregi zeków, łagiewników wszelakiej maści podpadniętych u nowych władców świata? Żydowscy lekarze, adwokaci, fabrykanci, nauczyciele, urzędnicy, policjanci. I  wcale nie dlatego, że byli Żydami, ale dlatego, że stanowili część polskiej inteligencji. A bolszewizm to przede wszystkim nienawiść do burżuazyjnej inteligencji, upatrujący w niej zupełnie słusznie filar burżuazyjnego, tzn. wrogiego państwa.

      Nikt nie przeprowadził do dziś ilościowych badań; ilu wśród Żydów  było zwolenników imperium NKWD, a ilu przezeń prześladowanych. Naturalnie działają stereotypy. A powinno przede wszystkim prawo wielkich liczb i świadomość, że w tej kwestii zachodziły również przemiany; wczorajsi entuzjaści czerwonej zarazy szli do mamra za świętowanie żydowskich świąt, odmawianie modlitw, przestrzeganie nakazów i zakazów Tory. Inni dochodzili do wniosku, że z władzą lepiej nie zadzierać i zapisywali się do komunistycznej partii lub zostawali prelegentami naucznowo ateizma.

      W tych sprawach, niestety, trzeba przyjąć sowiecki „klasowy” punkt widzenia i jego dwie obowiązujące zasady: 1) „Kto nie z nami, ten przeciwko nam”, 2) wszelkie  religie należy bezwzględnie tępić, gdyż wiara utrudnia proletariuszom osiągnięcie raju na Ziemi. Do tego dochodzi tradycyjny rosyjski imperializm, bezbłędnie realizujący odwieczną maksymę” „dziel i rządź”, prymitywna wiara w zarządzanie za pomocą dekretów i uchwał, których wykonanie kontrolowano sporadycznie, a niewykonanie karano surowo. „Jest człowiek, znajdzie się paragraf” – głosił oberprokurator Wyszyński.

      Oczywiście, takich teoretycznie rozważań na temat nieważności kryterium narodowościowego czy religijnego nie znajdziemy w recenzowanej książce. Jednak bogaty materiał faktograficzny w połączeniu ze świadomym unikaniem stereotypów, nasuwa wiele wniosków natury ogólnej. Groteskowo-krwawa „cywilizacja komunizmu” (określenie Leopolda Tyrmanda) przemawia tu anegdotą, obserwacją, kontrastem między bystrością polskiego maturzysty z kresowego miasteczka a tępotą sowieckich czynowników, prywatnie niekiedy bardzo zacnych ludzi.

      Oto więzienna, przekomiczna scena. Żyd, piekarz z Krakowa, jak wszyscy uwięzieni,  uważający się – słusznie – za niewinnego, po próbie uświadomienia współwięźniom, że powinni odwołać się do ludzkich uczuć strażników i przekonać ich o swojej niewinności, spotkawszy się z milczącą dezaprobatą kolegów, wymyśla im od tchórzy, a następnie decyduje się na heroiczny samotny czyn: wali w drzwi, wrzeszczy, aby przywołać strażnika, pana życia i śmierci więźniów, który przecież nie ma zwyczaju słuchać, któremu nie wolno kontaktować się ze swoimi podopiecznymi, inaczej niż z „własnej inicjatywy” w celu przekazania nakazu, zakazu, bądź groźby. Ale oddajmy głos autorowi:

„(…) Strażnik popatrzył na Beigla, który stał przed drzwiami ubrany jedynie w podkoszulek. Był już czerwiec i noce były upalne.
– Czego chcesz?
Do tego czasu obudziliśmy się już wszyscy i byliśmy ciekawi, co się stanie. Beigel  zrobił kilka pełnych gracji kroków w kierunku drzwi i uśmiechnął się do strażnika. Potok słów wypadał kaskadą z jego uśmiechniętych ust. Niestety, łamany rosyjski Beigla był tak kiepski, że strażnik nie mógł zrozumieć tej tyrady. Weigel nie ustawał w wysiłkach, mieszając słowa polskie, jidysz, ukraińskie i rosyjskie, byle tylko opowiadać dalej. Mówiąc  o swoim małym synu, zamiast rebionok („dziecko”), nazywał go żeriebionok (źrebak”).

Strażnik wpatrywał się w półnagiego Beigla, który teraz odgrywał cale przedstawienie, aby być zrozumianym. Pokazywał, jak mały jest jego syn i jak wciąż chodzi na czworakach. Duża, gamoniowata twarz strażnika nie zdradzała nawet odrobiny zrozumienia. Gdy jednak usłyszał, jak Beigel mówi, że co noc przed pójściem do łóżka całuje źrebaka, a źrebak jego, było to już dla niego za wiele.
– Pieprz się, ty zboczony pedale! – warknął i zatrzasnął okienko (…)”
(s. 168-169).

      Jak już wspominałem książka zawiera sporo elementów zabawnych. Z całą pewnością nie jest martyrologiczna ani antyrosyjska. Wspaniała galeria typów, dobrze nakreślonych, niewątpliwy talent narracyjny to zalety wspomnień wojennych Bogusława Aleksandra Topolskiego. Fotografie i mapa przymusowej podróży po stalinowskiej Rosji, dopełniają reszty. Za jedyny mankament tej opowieści uważam końcowe stronice, będące czymś w rodzaju CV Autora. Powinno się skończyć na dotarciu do armii Andresa po szeregu przygód i pokonaniu wielu przeszkód. Autor z pewnością miał dużo szczęścia wydostawszy się   z transportu z Ostaszkowa, w którym znalazł się na skutek jakiejś biurokratycznej pomyłki naprawionej przez Sowietów. Trudno nie zauważyć, że nie wszyscy młodzi Polacy to szczęście mieli. Wielu zostało na Syberii, w Kazachstanie czy lasach republiki Komi. W anonimowych mogiłach, zmarzlinach czy zbiorowych grobach. To im dedykował Bogusław Aleksander Topolski swoją opowieść. Tym, „którym się nie udało”. Polakom, Ukraińcom, Litwinom, Żydom, Tatarom, Karaczajom, Gruzinom, Łotyszom, Estończykom, Rumunom, Finom…. Ale także Rosjanom. O czym nie chcemy pamiętać, zajęci roztrząsaniem własnych krzywd. Jeśli Rosja carska była więzieniem narodów niszczącym ich kultury i aspiracje, Rosja sowiecka jawi się nam jako niskobudżetowa katownia ludów. Z pewnością internacjonalistyczną, gdyż wszystkich wrogów, nielicznych rzeczywistych i liczniejszych, tych wyimaginowanych, traktowała jednakowo. Rostieł, srok i psychuszka to prawdziwa trojka sowieckiej praworządności.

      A oto próbka tej postawy; dialog między Topolskim a urzędnikiem NKWD, który odczytuje mu wyrok skazujący na:

„Pięć lat pozbawienia wolności w poprawczych obozach pracy Związku Radzieckiego”…..
– A co się stanie jeśli nie podpiszę?
Wzruszył ramionami.
– Nic. I tak będziesz w więzieniu.
– Mam jeszcze jedno pytanie. Co się ze mną stanie, gdy odsiedzę wyrok?”

I na to pada zwięzła odpowiedź.

„ – Jeśli przeżyjesz; przedłużymy ci go”
(s. 186)

      Porażająca logika. Wyrok (srok) to sprawa dopasowania „przestępstwa”, polegającego na próbie samowolnego pożegnania Kraju Rad, do odpowiedniego paragrafu sowieckiego kodeksu, rzecz bez większego znaczenia. Prawdziwy wyrok jest jeden. Jego wykonanie wyroku powierza się głodowi oraz współwięźniom walczącym między sobą o przetrwanie. Darwinizm społeczny stanowił prawdziwe zaplecze ideologii zwycięskiego proletariatu. Najsurowszy nominalnie wyrok kary śmierci wykonywano szybko. Często na miejscu, w innym pomieszczeniu. W przeciwieństwie do wyroków więzienia nie podlegał on żadnej apelacji. Pośmiertną rehabilitację wymyślił dopiero Nikita Siergiejewicz Chruszczow  kierujący się starym rosyjskim powiedzeniem „Umarłego nie wskrzesisz, ale mówiąc o nim dobrze zachowasz cześć”.

„Przyjąłem werdykt spokojnie. – pisze Topolski – Po dwóch latach dla chłopca, który ukradł siano dla krowy, pięciu dla Żydów, którzy uciekli przed nazistami do Związku Sowieckiego i siedmiu dla sapera Saszy za to, że był kapralem w polskiej armii, mój pięcioletni wyrok nie był żadnym zaskoczeniem”.
(s. 186-187)

Andrzej Janiak

–  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –
* – W tekście Autor używa swojego pierwszego słowiańskiego imienia „Bogusław”, które prawdopodobnie zarzucił znalazłszy się w Wielkiej Brytanii i –później – w Kanadzie. [AJ]

Tags:

Zostaw odpowiedź