Maciej Piątek: GMOtwanina – czyli rzecz o transgenach

15 marca 2012 14:2316 komentarzy

      Dyskusja o GMO rozgorzała w Polsce na dobre jakiś czas temu (lipiec 2011). Doszło wówczas do zażartego sporu pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami dopuszczenia w Polsce odmian roślin genetycznie zmodyfikowanych. Nader gorącą atmosferę zdało się dopiero rozładować weto prezydenta Komorowskiego (sierpień 2011), który to w uzasadnieniu swojej decyzji podkreślał niezgodność ustawy o nasiennictwie z prawem europejskim. Prezydent wyraził jednocześnie nadzieję, że ustawa o nasiennictwie wróci do niego już bez kontrowersyjnego zapisu o GMO. Zapewne za takie a nie inne potraktowanie tejże ustawy odpowiedzialni byli w dużej mierze prezydenccy doradcy, jeśli tak, to sygnał, że w otoczeniu głowy państwa znajduje się ktoś, kto wykazuje czujność iście rewolucyjną.

      W tym wszystkim bardzo dla mnie zaskakująca (coraz mniej mnie jednak zaskakuje) była postawa wobec GMO, prezentowana przez jednego z dziennikarzy tygodnika „Polityka”. Mam tu na myśli Marcina Rotkiewicza (autora głośnego swego czasu artykułu „Czarnobyl największy blef XX wieku”). Otóż autor ten w swoim artykułach „GMO: fakty i mity w pigułce – Gmatwanina wokół GMO” oraz „Fałszywi prorocy GMO” (w części opublikowany w formie drukowanej i kontynuowanej na www.polityka.pl), przedstawił wyjątkowo jednostronny obraz przeciwników i zwolenników zmodyfikowanych genetycznie roślin. Podział ten najprościej można by zawrzeć w formule dychotomicznej: naukowcy (zwolennicy) – Greenpeace i zieloni oraz wszelkiego rodzaju lewacy (przeciwnicy). Czytelnik mógłby w tym miejscu pomyśleć, iż najzwyczajniej w świecie się czepiam, bo przecież każdy ma prawo do wyrażania opinii, nawet, jeśli się z nim nie zgadzamy. Zgoda, ale podobne mojemu wyjątkowe zaniepokojenie wyrażone zostało również przez osobę znacznie bardziej kompetentną w tej dziedzinie, a mianowicie przez dr hab. Katarzynę Lisowską, biologa molekularnego (por. polemika opublikowana przez internetowe wydanie tygodnika „Polityka”), oraz nieco szerzej w sprawie GMO przez środowisko polskich naukowców, które znalazło swój wyraz we wspólnym stanowisku w sprawie projektu ustawy Prawo o organizmach genetycznie zmodyfikowanych.

      Seria artykułów Marcina Rotkiewicza opartych w głównej mierze na danych liczbowych i badaniach opartych na raportach ISAAA (ISAAA – organizacja wspierana i finansowana przez jednego z największych na świecie producentów nasion genetycznie modyfikowanych – firmę Monsanto), utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto by się przyjrzeć zagadnieniu nieco bliżej. Rzeczowa polemika Katarzyny Lisowskiej vs. Rotkiewicz (którą poznałem już w trakcie pisania artykułu), uświadomiła mi, jak ważne jest również przedstawianie nieco bardziej obiektywnie racji drugiej strony (lewacy, Greenpeace, inni naukowcy i ja).

      Głównym argumentem za roślinami transgenicznymi prezentowanym przez zwolenników, w szczególności firmy zaangażowane w produkcję lub tzw. niezależne organizacje wspierane przez ten przemysł w taki czy inny sposób, jest konieczność wyżywienia ciągle rozwijającej się planety. Nie za darmo oczywiście, a nawet bardzo drogo i czasochłonnie w dłuższej perspektywie (superchwasty). Zgodnie ze szczerym monsantowskim credo „farmers around the world in their mission to feed, clothe, and fuel” (rolnicy z całego świata w misji wyżywienia, odziania i ogrzania planety).

      Oczywiście nic w tym w złego, że taka czy inna firma ma taką, czy inną strategię marketingową. Tym bardziej, iż w tryby tej piarowskiej maszyny wprowadzane są często kanały dyplomatyczne oraz dziennikarskie trybiki pomagające lepiej zrozumieć dobro płynące z GMO. Dzięki portalowi Wikileaks, który ujawnił depeszę ambasadora USA w Polsce Victora Asha (datowaną na 2008 rok) na temat lobbingu na rzecz GMO dowiadujemy się m.in. iż, „W okresie od kwietnia do września ukształtowała się koalicja wspierająca biotechnologię i są już widoczne efekty. Lokalni przywódcy idą w ślad za swoim elektoratem, który sprzeciwia się negatywnej propagandzie i domaga się dostępu do biotechnologii, których polscy rolnicy potrzebują, aby zwiększyć swoją konkurencyjność. Mimo tego przeciwnicy biotechnologii są nadal w większości i mają za sobą wsparcie Ministerstwa Środowiska. Kolejnym ważnym sprawdzianem będzie zaciekle przeciwna biotechnologii ustawa wniesiona przez Ministerstwo Środowiska, nad którą Sejm będzie debatował tej jesieni”. Jak widać rząd amerykański za pośrednictwem swojego ambasadora otrzymał wyraźny sygnał, iż Polacy wciąż są poddani negatywnej propagandzie, jednocześnie stanowczo domagają się dostępu do biotechnologii (czytaj dostępu np. do kukurydzy 810 bt produkowanej przez firmę Monsanto). Nie jest też tak, iż rośliny transgeniczne, to tylko samo zło. Dobrym przykładem potwierdzającym ten argument jest np. insulina otrzymywana w wyniku produkcji genetycznie zmodyfikowanych bakterii.

      Pojawiająca się w tekście dość często firma Monsanto wymaga przedstawienia. I nie chodzi tutaj tylko i wyłącznie o samą nazwę czy firmę, a raczej o to, co stoi za tą nazwą, a mianowicie kulturę korporacyjną, historię firmy (Monsanto była producentem – od 1944r. wraz z innymi firmami – zakazanego w latach 70tych DDT, który okazał się rakotwórczy) oraz jej niezbyt subtelne powiązania z kolejnymi, byłymi i obecnymi wysokimi przedstawicielami administracji Stanów Zjednoczonych (a co za tym idzie i konflikty interesów). Szczególnie niepokojący w tym kontekście jest przepływ wysokiej rangi specjalistów pomiędzy Monsanto a Amerykańską Agencją ds. Żywności i Leków (FDA), która to zajmuje się kontrolą i zatwierdzaniem żywności, nowych produktów transgenicznych, leków, suplementów diety itd. Dzisiaj firma Monsanto kontroluje 90% amerykańskiego rynku nasion transgenicznych. Pewnie mniej uwagi poświęcilibyśmy konkretnej firmie i jej produktom, gdyby w sposób mniej bezpośredni dotykałaby najważniejszej i najbardziej podatnej na zmiany sfery naszej egzystencji a mianowicie naszego biednego ciała. Najbardziej jednak sporną kwestią – zdaniem autora – jest cedowanie na kogokolwiek prawa na wyłączność w wykorzystywaniu jednego z podstawowych elementów naszej codziennej diety, a mianowicie nasion. Przecież mamy wybór, możemy kupować genetycznie niezmodyfikowane nasiona czy produkty i nikt nie jest w stanie nam narzucić tego, co mamy zasiewać – jako rolnicy, czy spożywać – jako konsumenci. O ile jednak mieszkańcy Europy taki przywilej wciąż mają (opierając się lobbingowi rządu USA i firmy Monsanto), o tyle samym Amerykanom już nie jest tak dobrze.

      Od początku swojej działalności Biuro Patentów i Znaków Towarowych Stanów Zjednoczonych, powstrzymywało się od przyznawania patentów na nasiona, uznając je za żywe formy nazbyt skomplikowane, by pozwolić takiej, czy innej firmie na ich modyfikowanie, a potem sprzedawanie. Przełom nastąpił dopiero w 1980 roku, kiedy to Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych uznał nasiona za produkt, w ten sposób otwierając drogę firmom do patentowania tzw. „żywych mikroorganizmów zmodyfikowanych przez człowieka”. Od tamtego momentu firma Monasanto stała się prawdziwym liderem biotechnologii (zgodnie z danymi Departamentu Rolnictwa USA), posiadaczem największej liczby biopatentów. Z czasem firma wykupiła swoich konkurentów na rynku (Seminis, Emergent Genetics  – w 2005 r.), stając się tym samym monopolistą, jednocześnie odcinając rolników i konsumentów od „tradycyjnych” nasion i produktów, tym samym ograniczając bioróżnorodność upraw i plonów.

      Prawdziwym przebojem firmy Monsanto okazały się produkowane, genetycznie zmodyfikowane nasiona (Roundup ready seeds) ściśle współdziałające ze środkiem chwastobójczym Roundup (herbicyd zawierający jako substancję czynną glifosat). Zestaw transgenicznych nasion i Roundup sprzedaje się rolnikowi w pakiecie, ma to zapewnić lepsze zbiory i niższe zużycie wszelkiego rodzaju herbicydów (rzeczywiście zużycie wszystkich herbicydów spada, poza Roundupem, którego zużycie szybko rośnie). Przed rozpoczęciem zasiewu rolnik musi podpisać umowę z Monsanto, na mocy której jest zobowiązany do zniszczenia pozostałych po zbiorach i niewykorzystanych nasion. Oznacza to, że każdego kolejnego roku rolnik będzie zobowiązany do kupna nowych nasion od tego samego producenta oraz (znów w pakiecie) modyfikacji chwastobójczego Roundupu. Jeżeli farmer jednak zmieni zdanie, możliwości wyboru zostają znacznie zawężone (np. poprzez monopolizację rynku dostawców nasion). Firma Monsanto ponadto posiada własną komórkę śledczą zajmującą się tropieniem rolników i producentów, którzy przetrzymują ziarno GMO na kolejny rok i ponownie je zasiewają lub też rolników, którzy bez podpisania umowy w jakiś sposób weszli w posiadanie nasion transgenicznych firmy Monsatno (za – Monsanto’s Harvest of Fear/ Donald L. Barlett and James B. Steele). Firma Monsanto sprzedawała Roundup wraz z informacją, iż ulega on biodegradacji, okazało się jednak że Roundup wcale nie był biodegradowalny. W wyniku tego firma przegrała kilka procesów sądowych m.in. w USA i we Francji. Dzisiaj produkt ten wciąż pozostaje w sprzedaży, niemniej jednak z informacji na etykiecie nie wynika już, iż jest przyjazny środowisku. Przeciwnie, około dziesięciu lat temu pojawił się po raz pierwszy na polach USA i Kanady chwast odporny na Roundup. Jest to zmutowana odmiana krostawca (ragweed), wyrasta na wysokość 3 metrów i prawie całkowicie zagłusza uprawiane rośliny. Odpowiedzią Monsanto na ten problem było zalecenie wydane farmerom sugerujące m. in. by zastosowali inne  środki chwastobójcze (czyli jeszcze więcej chemii na naszym talerzu).

      Kolejnym flagowym produktem stajni Monsanto jest Posilac, bydlęcy hormon wzrostu, zwiększa on w sposób zdecydowany produkcję mleka u krów go otrzymujących. Jednocześnie skutecznie zwiększa podatność tych zwierząt na infekcję związaną ze wzrostem mleczności. W związku ze zwiększonym ryzykiem krowy otrzymują wyższe dawki antybiotyków. Od 2000 roku rBGH został wycofany z użycia w krajach UE (w USA wciąż ma się jednak bardzo dobrze). Paradoksem w całej sprawie jest fakt, iż złapana na gorącym uczynku za fałszywą etykietę o biodegradowalności Roundapu firma Monsanto domaga się (w odwecie?) od producentów niewykorzystujących hormonu wzrostu do produkcji mleka, zakazu znakowania swoich produktów, jako wolnych od rBGH (Monsanto vs. Kleinpeter). Warto wiedzieć przy tym, że swego czasu firma Monsanto przedstawiła dane z których wynikało, iż 30% krów mlecznych w USA było poddane „terapii” hormonem wzrostu rBGH.

      Europa wciąż się broni przed GMO, zapewne nie mając pojęcia o korzyściach płynących z wykorzystywania produktów firmowanych nazwa Monsanto. Stojący na straży europejskich pól i talerzy Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) jest często przedstawiany jako absolutny gwarant bezpieczeństwa (np. w tekstach Marcina Rotkiewicza). Problem polega na tym, iż o ile proces weryfikacji nowych leków i innych środków chemicznych stosowanych w przemyśle spożywczym jest bardzo restrykcyjny, o tyle dopuszczenie transgenicznej żywności nie wymaga już tyle czasu i środków. Warunkiem dopuszczenia przez EFSA danego produktu transgenicznego do obrotu na terenie UE jest jedynie przeprowadzenie przez producenta testów laboratoryjnych. Trudno chyba jest oczekiwać od producenta wprowadzającego na rynek nowy produkt (oparty na uprawach GMO), że przedstawi EFSA wyniki testów laboratoryjnych wskazujące na negatywne oddziaływanie swojego produktu na zdrowie człowieka. W Stanach Zjednoczonych tamtejszy odpowiednik EFSA, czyli FDA zaaprobowała produkt, którego najdłuższe badania laboratoryjne trwały 90 dni (aż boimy się domyślać trwały badania najkrótsze). Dodać należy, iż np. mleko (rBGH) czy inne produkty GMO ludzie mogą spożywać całe życie.

      Te dosyć ponura wizje rozjaśniają nam trochę informacje dochodzące z Europy, w Wielkiej Brytanii firma Monsanto ogłosiła ostatnio całkowite wycofanie się z tamtejszego rynku (m.in. w wyniku silnych nacisków aktywistów). W rezultacie firma likwiduje swoje uprawy genetycznie zmodyfikowanych zbóż w Cambridge. Europa powoli więc odwraca się od GMO (a tym samym i Monsanto), w latach 2008 – 2010 areał upraw GMO spadł o 23%. Może właśnie dlatego Amerykanie tak usilnie poszukują sojuszników GMO w Europie „nowej”, naciskając wszelkimi sposobami na polityków, licząc jak się wydaje np. na tradycyjne polsko-amerykańskie „braterstwo” i naszą naiwność. Tym razem jednak polscy politycy wykazali się większą niż zwykle czujnością, pomocne okazało się również tradycyjnie dość konserwatywne nastawienie polskich konsumentów. Pieniądze, które stoją za technologiami GMO są jednak na tyle ogromne, iż należy się spodziewać się kolejnych prób przeforsowania rozwiązań korzystnych dla interesów Monsanto czy innych firm działających na rynku żywności transgenicznej. Coraz większa opozycja Europy wobec GMO może się jednak okazać barierą nie do przejścia zarówno dla rządu USA jak również dla wspieranych przez niego firm biotechnologicznych.

Maciej Piątek
– – – – – – – – –

Marcin Rotkiewicz, GMO: fakty i mity w pigułce, Gmatwanina wokół GMO

Marcin Rotkiewicz, Fałszywi prorocy GMO: cz.1. Arpad Pusztai, Kto nie lubi GMO?

Marcin Rotkiewicz, Fałszywi prorocy GMO: cz. 2. Gilles-Eric Seralini, Kto nie lubi GMO?

Marcin Rotkiewicz, Fałszywi prorocy GMO: cz.3 Jeffrey Smith, Kto nie lubi GMO?

Marcin Rotkiewicz, Fałszywi prorocy GMO: cz. 4. Percy Schmeiser, Kto nie lubi GMO?

Marcin Rotkiewicz, Fałszywi prorocy GMO: cz. 4. Percy Schmeiser, Kto nie lubi GMO?

Katarzyna Lisowska, Debata o GMO: polemika dr hab. Katarzyny Lisowskiej

Donald L. Barlett and James B. Steele, Monsanto’s Harvest of Fear

Katarzyna Lisowska, Mieczyslaw Chorazy, Genetycznie zmodyfikowane uprawy i zywnosc, przeglad zagrozen.

Anthony Gucciardi, Monsanto Forced Out of UK by Activists

Ustawa o GMO: Jest weto prezydenta

Stanowisko naukowców w sprawie projektu ustawy o GMO i wysłuchania publicznego w Sejmie RP.

Ambasada USA lobbowała za GMO w Polsce

Jason Mark, Californian campaign pushes for labelling of GM food

Tags:

16 Komentarzy

  • GMO jemy od dawna pośrednio /pasze/ i bezpośrednio /soja, fasola, kukurydza/. Od pasz nie uciekniemy bo ekonomia jest tu nieubłagana, a co do spożycia bezpośredniego to wydaje mi się, że znacznie groźniejsze są jedzone na potęgę przez Polaków antybiotyki.

    Bardziej boję się wpływu na biosferę, bo o ile produkt końcowy jest jeszcze jakoś badany to przy ekspansji zmutowanych gatunków może być za późno na reakcję. W sposób o wiele bardziej naturalny takiego psikusa wyciął nam Barszcz Sosnowskiego zdaje się.

    • Maciej Piatek

      zgadzam sie co do antybiotykow, odkad wyjechalem na wyspy, przestalem brac antybiotyki, tutaj poza wieloma wadamy jakie maja tutejsi lekarze, antybiotyki przypisuje sie tylko w ostatecznosci. Przez ostatnie 7 lat bralem raz antybiotyki a od 5 lat nie mialem powazniejszego przeziebienia (w Polsce co roku bylem chory i oczywiscie pozeralem antybiotyki garsciami). Co do biosfery ja sie boje wszystkiego co jest nam wmawiane jako konieczne ze wzgledow ekonomicznych, zeby ,,obnizyc koszty produkcji,, lub by taka czy inna firma zarobila miliony/przeprowadzajac 10 dniowe testy laboratoryjne/cza zmienic prawo by badania byly bardziej kompleksowe, czlowiek dla pieniedzy zrobi wszystko (jak pokazuja bankowcy/jestem tu pesymista/nie wierze ze czlowiek jest w stanie sam sie ograniczyc/tzn wierze ale musza wystapic pewne zmienne aby tak sie stalo/kultura, wychowanie itd). Obawiam sie rowniez przypadkow gdy jedna firma chce zdominowac calkowicie jakas czesc naszego naturalnego lancucha zywieniowego, czy to poprzez wylaczna prawo do produkcji czy sprzedarzy czegos co przez wieki bylo ogolnie dostepne. Problemem nie jest ziarno GMO. Problem jest taki, ze firma x chce by nie bylo innego ziarna jak jej, w ten sposob moze szantazowac kazdego np. poprzez odmowe sprzedazy specjalnie zaprojektowanych srodkow chemicznych bez ktorych twoje ziarno GMO zgnije albo zostanie zezarte przez robale. Boje sie sytuacji gdy nie bedzie mozna pojsc do chemicznego i kupic konkurencyjnego srodka (jakiego konkurencyjnego?) jak tylko firma modyfikujaca nasiono wie na co to nasiono jest odporne a na co nie. Dla mnie ziarno czy inne rozliny GMO moga wspolistniec, ale chce by byly oznakowane, chce wiedziec co jest GMO a co nie (Monsanto prowadzi w tej chwili wojne w USA, firma ta nie chce by konkurencja miala prawo znakowac swoje produkty jako GMO free/chce aby konsument nie wiedzial co je). Chce aby uprawy GMO byly w ,,bezpiecznej,, odleglosci od normalnych/aby nie dochodzilo do naturalnego krzyzowania. Chce aby urzad do spraw konkurencji monitorowal czy firma x poprzez przejmowanie konkurencji nie staje sie monopolista, ograniczajac tym samym mozliwosc wyboru. Soji nie jadlem od kilku lat, gdy sie dowiedzialem ze jest GMO. ale dzieki temu ze wiem co jem, mam wybor i o to w tym wszystkim chodzi;-).Polecam lektore opracowan naukowych dostepnych w sieci, istnieje mit ze kukurydza, soja czy inne rozliny GMO sa tansze w produkcji i nie ma wyjscia by ich nie uzywac w paszach. Kiedys tez nie bylo alternatywy dla azbestu i DDT, byly tanie i ekonomiczne (wiec tutaj bylbym bardziej wstrzemiezliwy)

  • Maciej Piatek

    oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze istnieje wiele opracowan naukowych w zaleznosci od swiatopogladu itd. Ja polecam dosc krotkie opracowanie pod tym linkiem http://www.portalwiedzy.pan.pl/images/stories/pliki/publikacje/nauka/2010/04/N410-16-Chorazy.pdf. Pozdrawiam goraco;-)

  • Szanowny Panie,
    nie mam nic przeciwko temu, żeby komentował Pan moje teksty. Ma Pan też święte prawo do swoich opinii. Prosiłbym jednak, by krytykując, starał się Pan zachować choćby minimalną rzetelność.
    1) Nie przedstawiłem w swoich tekstach „dychotomicznego podziału” w kwestii GMO, jako dyskusji między „naukowcami” i „Greenpeace, zielonymi i lewakami”. Nigdzie nie użyłem słowa „lewacy”, przywołałem za to krytyczny wobec GMO raport Komitetu Ochrony Przyrody PAN. Stwierdziłem natomiast, że wśród specjalistów zajmujących się problematyką GMO (m.in. genetyków, biotechnologów, specjalistów od hodowli i ochrony roślin) przeciwnicy otrzymywania nowych odmian za pomocą transgenezy stanowią zdecydowaną mniejszość.
    2) Nie jest prawdą, że seria moich artykułów „opiera się w głównej mierze na raportach ISAAA”. Tylko raz odesłałem do raportu tej instytucji, ponieważ można w nim zapoznać się z listą oraz powierzchnią upraw roślin transgenicznych. Zresztą przeciwnicy GMO też powołują się na dane ISAAA. Jeśli uważa te konkretne dane za nierzetelne, to proszę to wiarygodnie (publikacje) uzasadnić.
    3) Nigdy nie napisałem w swoich tekstach, że EFSA jest „absolutnym gwarantem bezpieczeństwa”. Twierdzę natomiast, że bardzo rygorystycznie i skrupulatnie sprawdza biobezpieczeństwo roślin transgenicznych. Można się o tym przekonać wchodząc na stronę internetową EFSA.
    Dziwi mnie natomiast, że pisząc z aprobatą o restrykcyjnym systemie dopuszczania nowych leków, nie zauważa Pan faktu, że to producent danego medykamentu przeprowadza i dostarcza wyniki badań jego bezpieczeństwa. Natomiast w przypadku roślin transgenicznych uważa Pan analogiczną sytuację za wadę. Nie dostrzega Pan tu sprzeczności? Warto, żeby poczytał Pan zasady i rygory, jakim podlegają wyniki badań dostarczane przez producentów GMO – znów odsyłam na stronę EFSA.
    Tyle odnośnie Pana nawiązań do moich tekstów. Natomiast generalna ocena Pańskiego artykułu jest taka, że w wielu miejscach wprowadza on w błąd czytelników i jest nierzetelny. Nie mam czasu na szczegółową polemikę, gdyż kwestie, które Pan porusza, opisałem w swoich tekstach. Chcących zweryfikować Pańskie twierdzenia odsyłam również do nowego blogu Polityki:
    gmo.blog.polityka.pl – jest on prowadzony przez biologa molekularnego z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin.
    Pozdrawiam
    Marcin Rotkiewicz, tygodnik „Polityka”

  • Maciej Piatek

    Witam Pana
    Rzeczywiscie seria Pana artykulow „GMO: fakty i mity w pigułce – Gmatwanina wokół GMO” oraz „Fałszywi prorocy GMO” ,, zainspirowala’’ mnie do napisania tego tekstu. W swoich tekstach zdaje sie Pan tworzyc wlasnie taki subtelny podzial naukowcy (profesjonalsci) – i inni (aktywisci itd), nie wynika on bezposrednio expressis verbis z tekstu bo i nie musi, ma raczej charakter kontekstowy. Nie twierdze, ze informacje zawarte w Pana tekstach sa nieprawdziwe, one sa prawdziwe. Glowny moj zarzut dotyczy raczej, przedstawiania i podkreslania pozytywow zwiazanych z GMO , ,,zmiekczajac,, jednoczesnie w swoich tekstawch watpliwosci i zagrozenia zwiazane z GMO . Na tej samej zasadzie zarzuca mi Pan nierzetelnosc, mozna by wiec powiedziec, ze nasze artykuly dopelniaja sie wzajemnie, tworzac bardziej obiektywny obraz dzialan wokol GMO. W zamierzeniu tekst moj mial byc przeciwwaga dla Pana artykulow, w zwiazku z tym skupilem sie glownie na tym czego w Pana artykulach nie wyczytalem (linki do Pana artykulow byly pod moim artykulem, kazdy mogl skonfrontowac je, jesli tylko chcial). Pana artykuly byly dla mnie tylko punktem wyjscia do dyskusji (zbyt wiele nawiazan do Pana tekstow w ,,GMOtwaninie-rzecz o transgenach,, nie widze). Wydaje sie jednak zasadnym spojrzenie na GMO nieco szerzej. Czysto naukowe podejscie do sprawy GMO (ktore do powenego stopnia akceptuje) bylo by zasadne, gdyby nie jeden fakt, ze za konkretna technologia stoja konkretne firmy i konkretne interesy (zawsze tak bylo). Analogicznie, technologia atomowa (ale rowniez ropa i gaz), sama w sobie nie jest zla, dlaczego wiec wszyscy boimy sie sytuacji w ktorej nieprzewidywalny rzad wejdzie w posiadanie takowej technologii i zechce ja wykorzystac do swoich wlasnych ,,niecnych’’ celow (casus Iranu czy Korei Polnocnej). Dlaczego inny nieprzwidywalny rzad np. pakistanski juz takich podejzen w nas (czyt. USA) nie wywoluje (to jest prosze Pana polityka). GMO to nie jest tylko technologia to rowniez polityka (takie sa fakty, zapraszam do slynnej juz lektury publikacji Wikileaks, depesza ambasadora USA w Polsce Victora Asha, datowaną na 2008 rok). Czy jestem wiec zwolennikiem teorii spsikowych jakoby to istniala ,,tajna koalicja’’ na rzecz GMO, nie sadze. Teorie spiskowe powstaja w sytuacji gdy jakas strona ukrywa swoje intencje, w przypadku rzadu USA takiej watpliwosci nie ma (rzad USA wspiera otwarcie producentow GMO i ma do tego prawo). Pozostaje pytanie, w sytuacji gdy Europa zdaje sie rezygnowac z GMO (zwolennicy GMO mowia o masowej histerii, ok), Polska powinna otwierac sie na ta technologie? Przez ostanie kilka lat polska zywnosc podbijala rynki Europy Zachodniej (dane ministerstwa gospodarki), co roku eksport polskich produktow rolno-spozywczych rosnie. Jaki zatem Polska mialaby interes w otwieraniu sie na technologie GMO?(nie mowimy o przemysle farmaceutycznym oczywiscie). W tym samym czasie Monsanto wycofuje sie z Wielkiej Brytanii (naciski aktywistow), nie sadze wiec by produkty rolno-spozywcze z Polski z informacja , ten produkt zawiera organizmy zmodyfikowane genetycznie” lub „Ten produkt zawiera zmodyfikowany(-e/-ą) genetycznie- [nazwa organizmu(-ów)]”, mogly byc naszym hitem eksportowym. Zdaje sie, iz pozadanym marketingowo ,,wizerunkiem’’ polskich produktow rolno-spozywczych miala byc ,,naturalnosc,, i ,,ekologicznosc,, (jakkolwiek najwnie by to nie brzmialo). W moim tekscie duzo tez pisze o firmie Monsanto. Firma ta jest najwiekszym graczem na amerykankim rynku biotechnologii, monopolista w produkcji ziarna GM. Jednoczesnie wraz z rzadem USA prowadzi intensywna kampanie na rzecz GMO. Moje watpliwosci co do tego podmiotu, wzbudza historia firmy (DDT/nie tylko Monsanto ja produkowal), jej dzialania i zachowanie wobec swoich pracownikow, poddanych w przeszlosci dzialaniu substancji toksycznych (Nitro i sprawa trawnikow w Anniston). Kultura korporacyjna, ktora pozostawia wiele do zyczenia, szczegolnie jesli chodzi o przejrzystosc dzialan tej firmy. Z tych wzgledow moje zaufanie do tej firmy pozostaje mocno ograniczone (jest to jednoczesnie jeden z najwiekszych graczy na rynku GMO).
    Jesli chodzi o badania, ciekawy artykul na temat badan nad nad GMO w USA przedstawia Emily Waltz( http://www.emilywaltz.com/Biotech_crop_research_restrictions_Oct_2009.pdf). Polecam artykul i dziekuje jednoczesnie za slowa krytyki pod swoim adresem, przyznaje jednak, iz nie czuje sie winny.

    Pozdrawiam
    Maciej Piatek

  • Dziękuję panie Macieju za ten artykuł, cieszę się, że nie tylko ja zauważyłam jednostronne podejście pana Rotkiewicza do GMO.

    Uważam, że POLITYKA z cyklem artykułów pana Rotkiewicza
    przybiera stanowisko popierające GMO przez co dla mnie – i nie tylko – staję się niewiarygodna. Nie jest w obowiązku pana Rotkiewicza ‚oświecać’ ciemne masy i pokazywać im JAK mają myśleć. Może wygłaszać swoje zadanie, oczywiście ale naprawdę, cała gazeta zwyczajnie na tym cierpi. Wyobraźmy sobie, że jakiś tygodnik przyjmuje takie stanowisko wobec innej, poróżniającej różne grupy społeczne sprawie – jak aborcja czy eutanazja – sądzę, że artykuły comiesięczne jednego zwolennika aborcji budziłyby niesmak i oburzenie. Tak w każdym razie czuję się ja, kiedy w dziale NAUKA widzę w kółko zdanie JEDNEJ osoby zakochanej wręcz w genetycznie zmodyfikowanych organizmach .
    Czekam aż pan Rotkiewicz w końcu odniesie się do wpływu GMO na różnorodność biologiczną i kształtowanie krajobrazów obszarów wiejskich.
    Mam jednak nadzieję, że POLITYCE uda się znaleźć więcej osób, które z mogłyby przedstawić problem GMO z różnego punktu widzenia. Nie tylko pod postacią blogów prowadzonych przez biologów molekularnych.
    pozdrawiam
    Anastazja

  • Maciej Piatek

    zgadzam sie z Pania, ,,polityka,, jest tygodnikiem opiniotworczym o duzej sile oddzialywania, tym bardziej powinna klasc nacisk na obiektywizm lub tez bardziej wywazone prezentowanie stanowisk obu stron sporu.

    pozdrawiam;-)
    Maciej Piatek

  • Pytanie: czy jadłem ja GMO czy nie?
    Kupiłem na straganie 2 pęczki rzodkiewek. Przyniosłem do domu. Duże były, dorodne, prawie jak truskawki. Tak na wygląd, nie?
    Położyłem na stole, po jakimś czasie spróbowałem.
    Jedną, drugą…
    Kurwa… Woda…
    Żadnego smaku!

    Gdzie tu myśleć o smaku rzodkiewki.! Ja (Aha, wiem,że nie lubicie słów…) Więc ja …
    i dalej też …..ja ….

    Jakżeż oni tak potrafią? Tak napompować wodą zwyczajną rzodkiewkę? Z wyglądu rzodkiewka (co prawda, duża) ale…, ale tak jak rzodkiewka wygląda. I w pęczkach jest.
    To człowiek kupi, nie?

    Po tych doświadczeniach (że niby zjadłem dwie sztuki tych rzodkiewek) zdenerwowałem się niepomiernie. Nie powiem jak.
    Co ja zjadłem?
    Wodę!! Nie rzodkiewkę!
    To jak ja bym chciał się napić (przepraszam) wody tobym wziął Nałęczowiankę!
    I się napił.
    I …
    Tak mi się wydaje, że z dwojga, to już ja te GMO wolę…
    Bo, przynajmniej, smakować musi.
    A nie, jak te rzodkiewki z bazaru.
    Woda.
    I …
    Co?

  • W tym roku kupiłam w Lidlu takie same „wodne” rzodkiewki…zero smaku w porównaniu z tymi „kiedyś” 🙁

Zostaw odpowiedź