Zygmunt M. Pawłowicz: Lekko, zabawnie, na temat

15 marca 2012 14:007 komentarzy

Agnieszka Lingas-Łoniewska
Szósty
Replika
Zakrzewo 2012

 

      Tradycja pisania lekkich kryminałów o zabarwieniu humorystycznym jest w naszym kraju i długa, i krótka zarazem. Długa, bo ułożone obok siebie dzieła zebrane Joanny Chmielewskiej miałyby przypuszczalnie więcej kilometrów, niż wszystkie polskie autostrady razem wzięte. Krótką, albowiem lista rodzimych twórców omawianego gatunku obejmuje w zasadzie wyłącznie wymienioną wyżej panią Joannę. Na szczęście wydawnictwo Replika postanowiło zaradzić temu personalnemu niedoborowi wznawiając powieść pt. „Szósty”. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że autorka rzeczonego dzieła idzie śladami twórczyni „Lesia”, „2/3 sukcesu”, czy „Depozytu”. Zamiast kopiować, Agnieszka Lingas-Łoniewska podąża własnym torem i – traktując formułę kryminału wybitnie pretekstowo – delikatnie i uroczo obśmiewa utarte schematy mainstreamowej fabuły sensacyjnej.

      Zaczyna się tak, jak w dobrej powieści sensacyjnej powinno: od mocnego uderzenia. Na pierwszy ogień idą bardzo ostatnio popularne wątki paranormalno-spirytystyczne. Oto na łóżkach w oiomowej sali leżą dwa bezwładne ciała. Ich właściciele to młodzi mężczyźni: Jacek, świeżo upieczony mąż, który podczas powrotu ze skróconego miesiąca miodowego własną piersią zasłonił żonę przed skutkami zderzenia z tirem i Marcin, wytrenowany, dbający o siebie policjant, który ni z gruchy, ni z pietruchy zemdlał i podczas upadku rozgruchotał sobie potylicę. Panowie spotykają się w przedsionku zaświatów, gdzie zawiązuję się między nimi nić prawdziwej męskiej przyjaźni. Czując, że jego czas dobiegł końca, a zegarmistrz światła purpurowy nadchodzi, Jacek prosi Marcina, aby wrócił do cielesnej postaci i zaopiekował się jego babą. Znaczy Ali. Marcin niewiele z tego rozumie – jak się później okaże, pomyślunek ma generalnie przyciężkawy – ale na wszelki wypadek się zgadza. Czytelnik zaś, zauroczony dowcipem tnącym wszystko pomiędzy Mentalistą, a Martwym Terrorystą, zgadza się na dalszy ciąg opowieści.

      Lat mija mało-wiele (akurat można przestać chichotać) i z oiomowej sali przenosimy się do katowickiej Centrali, siedziby Silnej Grupy pod Wezwaniem, zwanej dla niepoznaki Śląską Grupą Śledczą. Obserwując to doborowe gremium trudno oprzeć się wrażeniu, że kryterium selekcji nie były wcale kompetencje zawodowe, tylko względy estetyczne. Ta pani świetnie się trzyma. Tamta pod maską niewiniątka skrywa aurę wojowniczki. Z kolei jednemu z panów mrocznego uroku dodaje nawet obrączka na palcu. Och, ach, prawdziwa literacka Moda na zbrodnię; młodzi byliśmy, piękni jesteśmy, a bogaci to jeszcze będziemy. Jednakowoż pierwszym wśród ślicznych jest, rzecz jasna, Szef Wszystkich Szefów, inspektor Marcin (tak, tak – ten od rozgruchotanej potylicy) Langer. Wysoki, postawny, gęstowłosy i brązowooki. Śmierć dziewuchom. Parafrazując inkwizytora Madderdina – dziewięć na dziesięć kobiet śniłoby o nim na mokro. Ta dziesiąta śni na mokro o tamtych dziewięciu.

      Niestety (?), szybko okazuje się, że czym Bozia/autorka hojnie obdarowała bohaterów na ciele, tego dość bezceremonialnie poskąpiła im na umyśle. Już mniej-więcej w połowie książki można postawić kwartalną pensję na to, że Zły Facet to A… zresztą, nie ma sensu psuć sobie ubawu. Nawet, jeśli w ilościach „po pachy” dostarczają go gapowaci funkcjonariusze, którzy ganiają niczym (nomen omen) pies za własnym ogonem, podczas gdy morderca (rzecz jasna, seryjny – inni nie bywają warci uwagi policyjnej supergrupy) obserwuje z naprawdę bliska ich pocieszną krzątaninę. I chyba trochę w głębi swej plugawej duszy utyskuje, że nie dane mu było zmierzyć się z jakimś bardziej rozgarniętym przeciwnikiem.

       Nie żeby sam morderca porażał intelektem. W ogóle przy okazji tej postaci należy się p. Lingas-Łoniewskiej delikatna przygana. Owszem, do mnie – podobnie, jak autorka, wielbiciela ciężkich brzmień – aluzja dotarła. Założę się jednak, że przeciętny czytelnik nie słyszał płyty zespołu Green Jelly Cereal Killer. A tenże album stanowi niewątpliwie klucz do zrozumienia tytułowego bohatera. „Szósty” jest wysoki, postawny, gęstowłosy i brązowooki. Wypisz-wymaluj inspektor Langer. Ale ma blizny. I jest potrójnie zły, jak sam szatan. I ciężko doświadczony przez zły dotyk. A także – wracając do jego cech umysłowych – nieprzesadnie inteligentny. Umyślił sobie bowiem, że będzie mordować (uprzednio, ma się rozumieć, pobaraszkowawszy z nimi co nieco) tylko zielonookie blondynki. Wykosiwszy całą ich populację (w liczbie pięciu) w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym, byłby nasz biedny psychopata niechybnie zmuszony wywiesić białą flagę. Na jego szczęście z odsieczą pospieszyła Alicja.

       Powszechnie wiadomo, że w amerykańskich serialach sensacyjnych kobiety chadzają sprawdzać najlżejsze szmery ubrane zawsze w najseksowniejszą bieliznę. Autorka „Szóstego” bardzo umiejętnie okpiła ten schemat wymyślając profilerkę, która idealnie pasuje do profilu poszukiwanego przez mordercę. Znaczy jest blondynką i ma zielone oczy. Nie oszukujmy się, przesadnie wybredny to ten cały „Szósty” nie jest. Poza jasną czupryną i seledynowym spojrzeniem starszy aspirant Szymczak (czy to aby politycznie poprawne tak pisać?) niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ot, typowa dziumdzia z komisariatu, miss-inteligencia rzucająca trafnymi spostrzeżeniami w stylu „będzie więcej ofiar”. Żadna tam Clarice Sterling, o Sarze Lund nie wspominając. Jest to jednak kobieta z przeszłością (co od dawna już wiemy), a zatem idealnie pasuje do mężczyzny po przejściach. Na pytanie „co zrobić z tą miłością” Szymczak i Langer radośnie odpowiadają „jak to: co? Skonsumować!” i po wcale nie tak znowu długim czasie, męcząc się tylko dla zachowania pozorów, przystępują do dzieła.

      Pisać pikantne kawałki jest w naszym języku, bądźmy szczerzy, trudno. Polszczyzna jest w tym zakresie dość uboga i skazuje albo na kiczowaty patos, albo medyczną sterylność, albo wreszcie na chodnikową wulgarność. Na szczęście Lingas-Łoniewska udowadnia, że jest jakieś quatrum, które datur i traktuje kwestię z właściwym sobie humorem. Łóżkowe wygibasy pani starszy aspirant i pana inspektora mogłyby, przy odrobinie farta, zapewnić im olimpijską kwalifikację w gimnastyce artystycznej. A na pewno pokaźny sukces w Tańcu z Gwiazdami. Langer podrzuca swą partnerkę niczym piłkę do rugby, wskutek czego dostaje ona oczopląsu i rewanżuje się swemu kochankowi lap-dance w wersji patrz mnie na sutki. Bardzo goło i jeszcze bardziej wesoło.

       Dobrze moi mili, pofikali? No, to wracamy do pracy. Wg kolejnego utartego schematu mainstreamowych produkcji, policjant musi zostać odsunięty od śledztwa, by móc doprowadzić je do szczęśliwego końca. Oczywiście Langera nikt od sprawy nie odsunie, w końcu on tu jest SWS. Na szczęście pan inspektor odsuwa się sam. Nie pojąwszy ni w ząb, że jego ukochana pozostała ostatnią nie zahaczoną przez „Szóstego” zielonooką blondynką na całym Górnym Śląsku i w województwach ościennych, wyjeżdża do Krakowa regulować kwestie notarialne ze swą eks. I wtedy – cóż za siurpryza! – brzdęk! Zwyrodnialec porywa Alicję.

      Akcja pościgowa to czysta klasyka gatunku. Można się wręcz doszukać fabularnych rozwiązań rodem z westernów. Dzielna pani psycholog próbuje walczyć. Na próżno. Zbój już ją przygniata ciężarem swego całkiem ciachowatego cielska. Już-już wyciąga narzędzie zbrodni. Gdy wtem, niczym kawaleria zza pagórka, nadciąga bohaterski pan inspektor. Brakuje tylko lśniącej zbroi i białego rumaka. Jest za to telepatia, co wprowadza do powieści dodatkowy smaczek groteski.

       Finałowa rozgrywka mogłaby posłużyć za scenariusz do slapstickowej komedii. Inspektor wyrzuca z siebie melodramatyczno-sakramentalne „złaź z niej, skurwysynu!” Skurwysyn posłusznie złazi, po czym obaj panowie wdają się w uroczą pogawędkę na temat tego, który z nich jest bardziej pojebanym sukinsynem. Langer główkuje nad tą kwestią tak intensywnie (wspominałem już, że z pomyślunkiem u niego niespecjalnie?), że nie zauważa, iż jego polemista chciałby przenieść dysputę w wymiar bardziej fizyczny. Później jeszcze szamotanina, ciosy, pchnięcia, strzały, nóż, pistolet – jak to zwykle w takich sytuacjach.

      Na koniec Langer trafia do szpitala (jak na wysportowanego glinę, zdarza mu się to nader często), z którego jednak dość szybko wychodzi. „Szósty” z kolei ląduje w wariatkowie. I też z niego wychodzi. Znaczy ucieka, chociaż dali mu komputer. Potem zaś obu panom przychodzą na świat synowie (Langerowi z Alicją, „Szóstemu” z jedną z zielonookich blondynek, której wyjątkowo nie zaciukał).

I żyli długo i szczęśliwie.

      Można czytać „Szóstego” jak kryminał. Ale po co, skoro jakakolwiek przyjemność z takiej lektury kończy się w zasadzie na siedemdziesiątej piątej stronie (na trzysta trzydzieści dwie ogółem)? Da się też uznać tę powieść za romans. Tego jednak też nie polecam, bo stanowiłoby to znaczne zubożenie fabuły. Można wreszcie docenić niewątpliwy kunszt językowy Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, nie stroniącej od neologizmów i ciekawych zbitek słownych („pulsujące kości policzkowe” naprawdę robią wrażenie) i udać się wraz z autorką w prześmiewczą podróż po schematach mainstreamowego kryminału.

Z szeregu powodów warto.

Zygmunt M. Pawłowicz

Tags:

7 komentarzy

  • po takiej komendacji na pewno sięgnę 🙂

  • bardzo się Pan rozpisał jak na książkę, która ewidentnie nieprzypadła Panu do gustu… cóż… ale… wydaje mi się, że recenzent nie powinien aż tyle zdradzać o książce. Chyba że ma w zwyczaju pisać streszczenia dla gimnazjalistów a nie recenzje dla dojrzałych czytelników,… żal

  • No toś się Pan rozpisał. I to ma niby być recenzja??? Moim zdaniem jest to totalne wyśmianie i książki i Autorki, tylko że jak widzę nikomu do śmiechu nie jest. Żałosny Pan jesteś i tyle. Mam nadzieję, że Autorka nie weźmie sobie tej Pana ironii do serca. Ech, żal mi Pana.

  • Świetna recenzja 🙂

  • To nie jest recenzja. To streszczenie, które stawia zarówno książkę, jak i autorkę w złym świetle. Prawdziwa recenzja powinna zawierać plusy i minusy dzieła, należało wymienić wady i zalety, a pan opisał wszystko w sposób prześmiewczy (w pana mniemaniu, bo ogólne moje odczucie obrazuje jedno słowo – żal). I tak, jestem świadoma, że zdanie wcześniej zwracając się bezpośrednio do pana należałoby owe słowo „pan” zacząć z dużej litery, jednak na szacunek trzeba sobie zasłużyć. A skoro potrafił pan skrytykować po całości autorkę i jej książkę, takowego szacunku pan się wyzbył. Rozumiem, krytyka krytyką, recenzja recenzją, ale… nie uprawiajmy komedii na siłę.

    • Pani Ann! Pisze Pani: „Prawdziwa recenzja powinna zawierać plusy i minusy dzieła, należało wymienić wady i zalety, a pan opisał wszystko w sposób prześmiewczy…”
      A co ma robić Recenzent, kiedy plusów Dzieła nie ma?
      Co?
      No co?

      Sama Autorka pisze, że „W 2009 roku zaczęłam pisać, najpierw były to opowiadania fan fiction, które publikowałam w internecie pod pseudonimem Agnes_scorpio. Gdy zaczęły spotykać się z szerokim zainteresowaniem czytelników, pomyślałam…”A czemu nie? Skoro daję ludziom radość, wachlarz emocji i swoistą rozrywkę, to… zrobię to!” I robię. Bo lubię pisać, lubię tworzyć nowe postaci, ich charaktery, wrzucać ich w zawirowania życia i patrzeć, czy będą potrafili się z tych odmętów wydostać. Im trudniej, im mroczniej… tym lepiej. A w tle zawsze musi być gorące, spalające wręcz uczucie. Bo to przecież na miłości opiera się nasz cudowny, a czasami dziwny, świat.”

      Przez 3 latka stać się Pisarzem… Ja … też bym tak chciał…
      I wrzucać w zawirowania, odmęty i patrzyć… Dawać wachlarz emocji…

      Jednak nie umiem.

  • Recenzja jest nie fair, bo zdradza całą fabułę książki. Natomiast jej prześmiewczy ton oraz cytaty obnażąją mizerię warsztatu autorki.

Zostaw odpowiedź