Jacek Rojewski: Miłości Stanisława Jędryki

15 marca 2012 14:200 komentarzy

Zaczynam się powoli zastanawiać czy nie jestem już w wieku podeszłym. A kiedyś byłbym ledwie w wieku średnim. Dzisiaj powoli wypadam z pędzącego z nadświetlną obiegu informacji, odbijam się od ściany między mną a Generacją Z, popadam w dziwne niezrozumiałe dla młodszych nostalgie.

I pamiętam PRL.

Pod pewnymi względami serdeczniej pamiętam PRL niż dzisiaj patrzę na dzieciństwo latającej dookoła dzieciarni. Nie, przepraszam, coraz rzadziej latającej. Często za to siedzącej przed ekranem z oczkami szklistymi od rozwrzeszczanych kreskówek, głupich filmów i gier z których leje się przemoc, głupota i chaos. /Jeśli ktoś ma to wszystko za puste zrzędzenie niech porówna sobie Reksia z Psem Chojrakiem/.

Brakuje mi wokół empatii. Empatii kodującej wspólny język porozumiewania się bez słów – „podejdź”, „poklep po plecach”, „podaj rękę”.

I wyobraźni.

Brakuje wyobraźni. Zbiorowej i indywidualnej. Dzisiaj wyobraźnię ma jeden i sprzedaje ją całej reszcie, która już wysilać własnej nie musi. Kiedyś wielkie oczy miał las, ciemność w pokoju, zagadkowa czeluść pod łóżkiem, szmery i szepty otaczające namiot rozbity u babci w ogródku. Łąki pełne były pułków wyobrażonych armii, a byle kałuża była oceanem dla wystruganej własnoręcznie łódeczki. Dziś radość, strach /jakże często dotyczący ćwiartowania „na żywca” mechaniczną piłą/, miłość  mamy w HD i 3D podane na tacy /a właściwie wciskane do głowy/ w multipleksie za dwadzieścia parę złotych.

Tak, zdecydowanie muszę być w wieku podeszłym. Gdy byłem młodszy /mając jakieś 20 lat/ zdecydowanie tak nie marudziłem. Co jednak robić, kiedy poczucie straty jest tak intensywne i wykracza poza prostą tęsknotę za dzieciństwem.

O czym on w ogóle  pisze?! – zdenerwuje się Czytelnik czytając te narzekania. Już wyjaśniam.

Wychowywałem się i mnie wychowywano w czasie przaśnej dekady gierkowskiej i smuty stanu wojennego. W czasach kiedy nie było telefonów komórkowych, komputerów, gier komputerowych, a gumowy żołnierzyk z NRD czy guma donald uchodziły za prawdziwe rarytasy. Często bliskie dziecinnych marzeń. A jednak w czasach magicznych. Czasach gry w nogę od rana do wieczora, latania po łąkach i podwórkach z patykiem robiącym za karabin, podchodów, łowienia ryb w stawie. Czasach robienia tego wszystkiego wspólnie, czasach paczek, band, bractw Niewidzialnej Ręki i tym podobnych rzeczy. To też czasy czytania książek. Czytania często przy latarce pod kołdrą bo rodzice kazali już dawno gasić światło. Verne, Niziurski, Bahdaj, Szklarski, May i wielu innych. Oceany, podróże, szukanie skarbów, duchy, detektywi, kowboje.

Gdzieś poza ideologiami, polityczną indoktrynacją dorosłego życia i tzw. „realnym socjalizmem” rodził się z tych wszystkich rzeczy dziecinny mikroświat, którego naprawdę dzisiejsze młodziaki kultury przesytu mogą mi pozazdrościć.

 To też czasy w których nie zawsze telewizor był kolorowy, a w jego środku znajdowało się tylko KILKA kanałów. Ale z tego właśnie środka wyłaniały się czasem rzeczy wspaniałe, do których wraca dzisiaj całe moje pokolenie podstarzałych czterdziestolatków.

Pamiętacie Państwo „Podróż za jeden uśmiech”? Ułożonego Dudusia i przedsiębiorczego Poldka? A „Wakacje z duchami” – „Uuuuuuuuuuuu przebacz mi Brunhildo!”. A chłopaki czy nie pamiętają jak ładna była Majka Skowron z „Szaleństw Majki Skowron”? A wy dziewczyny nie kochałyście się przypadkiem w opiekuńczym i szarmanckim Arielu z tego samego serialu? A nie kopaliście kiedyś piłki tak jak Paragon z „Do przerwy 0:1”? A Tolek Banan, Karioka, Cegiełka z kultowego wręcz „Stawiam na Tolka Banana”? Pamiętacie, prawda?

Te seriale rozpalały dziecięcą wyobraźnię wraz z kolejnymi Teleferiami, inspirowały, bawiły, ale i delikatnie uczyły wchodzenia w dorosłość, przygotowywały do dorastania. Z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć, że dzisiaj się już tak nie kręci.  Dopiero później dowiedziałem się, że wyszły spod ręki Stanisława Jędryki. Zresztą nie tylko one.

Pamiętam też przecież Andrzeja Grabarczyka, który „umarł aby żyć”, czy przejmujące „Do góry nogami”. A było tych filmów Jędryki znacznie więcej. To reżyser kilkudziesięciu filmów, nominowany, nagradzany. W znakomitej większości filmów ze znakomitymi, znanymi aktorami albo też z fantastycznymi, świetnie prowadzonymi aktorami dziecięcymi. A przede wszystkim autor kina mądrego, ludzkiego, czasem zabawnego, zawsze „współodczuwającego”.

 Dlatego też sentyment do filmów Stanisława Jędryki nie minął mi wraz z dzieciństwem i młodością. Odżył jeszcze silniej gdy do moich rąk trafiła autobiografia reżysera wydana przez Wydawnictwo „Prószyński i S-ka”.  A poza tym pojawiła się ciekawość. Przecież tak naprawdę dopiero Pana Jędrykę poznaję, bo chociaż w polskim kinie to postać dużego formatu do współczesnego celebryckiego światka nie należy. Ba, jest niestety trochę zapomniany. Dla niektórych czytelników będzie to pewnie w ogóle pierwsza „znajomość” z reżyserem i wielu zakrzyknie pewnie zaskoczonych „ach to ten od Tolka Banana!”, czym pewnie reżysera nieco urazi.

Jakiż będzie ten Jędryka? Jaka to będzie narracja? Czy taka jak jego filmy? Jak Stanisław Jędryka wyreżyseruje opowieść o sobie?

 Odpowiadanie na te pytania zaczyna się intrygująco. Stanisław Jędryka pisze o początku książki tak:

 „Zanotowałem pierwsze zdanie: Jestem synem dwóch matek i ani jednego ojca, i dość długo nie odważyłem się napisać drugiego, ale następne przyszły mi już łatwiej, chociaż wątpliwości targały mną aż do chwili, kiedy postawiłem kropkę po ostatnim zdaniu. Czy to moje pisanie miało sens? Dla mnie było potrzeba, która musiałem spełnić. To był mój rachunek sumienia. Pozostaję jeszcze z nadzieją, że nie życia.”

 Nie tylko zresztą pisze:

I faktycznie od dwóch matek wszystko się zaczyna. I od dzieciństwa w Sosnowcu, w przededniu wojny i w czasie okupacji, opowiadanego z perspektywy poznającego dopiero świat sześciolatka. To zmącony okrucieństwem wojny, ale  jakże barwny świat sosnowieckiej kamienicy. Chwilę później już po wyzwoleniu Sosnowca Jędryka zabiera nas na swój pierwszy seans filmowy. Aż trudno uwierzyć, że już na zawsze zaraził /wtedy dwunastoletniego/ reżysera kinem film… „Sekretarz Rejkomu” .

A potem harcerstwo, zbiórki, czytanie powieści „Mężne serca”, ganianie po wyrobiskach i obrzucanie się kamieniami przez Brynicę małych Zagłębiaków ze Ślązakami. Już wiem skąd u Stanisława Jędryki tak udana ręka do ekranizacji powieści Bahdaja. A potem dorastanie, pierwsze młodzieńcze porywy serca i całkiem nieźle zapowiadająca się kariera piłkarska, którą przerwała łódzka filmówka.

O tym wszystkim Jędryka pisze bardzo osobiście. Ciągle wracając do najważniejszego składnika jego życia, jakim jest miłość dwóch matek. Mamy Heleny /biologicznej/ i Mamy Karoliny /adopcyjnej/. Te niełatwe relacje dwóch kobiet i ich syna opisuje z niezwykłym ciepłem i miłością.

Wraz z rozwojem opowieści przybywa w niej wątków i dygresji. Jędryka to odchodzi od chronologii swojego życiorysu to do niej powraca, ale odskakując, na krótsze lub dłuższe momenty, od kolejności zdarzeń zawsze podąża za jakąś bliską mu postacią, czy szczególnym wydarzeniem. Czasem przykrym, czasem radosnym. Wątki bardzo osobiste przeplatają się w autobiografii Jędryki z opisami studiów, pracy na planie, festiwali itd. Książka nie ma relacjonującej formy właściwej dziennikom. To zapis emocji i wrażeń związany oczywiście z kolejnymi etapami filmowej kariery reżysera, ale bardziej jest to książka Jędryki-człowieka niż tylko Jędryki-filmowca.

Ale oczywiście tego filmowego świata mamy w książce sporo. Przewijają się tam znakomite nazwiska – Zdort, Chmielewski, Idziak, Kłosiński, Lenartowicz, Kutz, Gruza, do tego cała plejada znakomitych aktorów, scenarzystów, wykładowców.  Reżyser pisze również o pracy z dziećmi, duży fragment poświęca Markowi Sikorze /niezapomnianemu Arielowi z „Szaleństwa Majki Skowron”, a przede wszystkim Jurkowi z „Końca wakacji”/.

Są i kobiety, jak to z pewnym zażenowaniem i skromnie pisze Jędryka – przeważnie piękne, podczas gdy on sam nie „ciacho”. O tych kobietach Jędryka opowiada niezwykle i szarmancko delikatnie, może trochę za bardzo omijając rzeczy trudne.  To zresztą w ogóle nie jest autobiografia /jakże dzisiaj modnie/ wywlekająca na wierzch wszelkie brudy. Raczej mamy wrażenie, że faktycznie, zgodnie ze słowem wstępnym do książki, reżyser dzieli się z czytelnikiem swoim rachunkiem sumienia. Otwiera się mocno, zwierza się pozostawiając jednak bardzo wiele naszej intuicji. W tej książce nie ma szczególnie wiele polityki, intryg filmowego światka, istotnych niedyskrecji towarzyskich czy innych dosadności.

Czy, wobec tego co wiemy o tamtych czasach, to nie recepta na wybielenie swojego życiorysu? Nie sądzę, to raczej delikatność i duża wrażliwość Autora.

O innych ludziach Jędryka pisze prawie wyłącznie z atencją. Potrafi się też o niektórych z nich upominać – o pamięć po nich, o sprawiedliwy osąd. Pisze jak przyjaciel. Może to jest tak, że po latach należy pamiętać ludzi dobrze. Na pewno tak jest lepiej, może łatwiej. Jędryka tak właśnie ludzi pamięta.

O swoich bliskich pisze pięknie, ze szczególną czułością. Ujmują ciepłem fragmenty poświęcone jego byłej żonie Joannie Jędryce. Nie zapomina też  Jędryka nie tylko o najbliższych przyjaciołach, ale i ludziach spotkanych tylko na chwilę, czasem w momentach dla Autora trudnych, jak np. lekarka opiekująca się nim na kardiologicznym oddziale.

Pisze też Jędryka o swoim przywiązaniu do aktorów. Padają znakomite nazwiska. Dla mnie ogromnie ciekawe były również jego wspomnienia o swoich scenarzystach. A miał do nich Stanisław Jędryka prawdziwe szczeście – Bahdaj, Minkowski, Domagalik i inni. W dobie sformatowanych głupkowatych produkcji dobrze, że ktoś pamięta jakie literackie bogactwo w branży scenariuszowej mieliśmy.

Mnóstwo jest jeszcze w tej książce smakowitych anegdot i szczegółów. Dowiedzieć się np. możemy dlaczego rzekomo Bogdan Łazuka chciał reżyserowi „dać w mordę”, oraz jak /być może/ wpłynęły króliki na współpracę /a raczej jej brak/ z Anną Seniuk. A także jak Jędrykę ominęła ekranizacja „Disneylandu” /na podstawie tej powieści „Jowitę” nakręcił Janusz Morgenstern/.

Kończy Jędryka swoją autobiografię mieszanką goryczy i radości. To fragment o dwudziestu latach poza planem filmowym, o /bardzo delikatnie zasugerowanym ale na pewno dojmującym/ smutku zapomnienia, o  nieprzystawalności do dzisiejszych czasów /świetny pasus o wizytach u dzisiejszych lekarzy/, ale i fragment o setkach nowych młodych widzów, o trwającym wciąż „życiu” jego filmów i seriali.

Książkę ostatecznie wieńczą takie oto słowa Autora:

„Jestem synem dwóch matek i ani jednego ojca – ten znak szczególny, ta prawda kształtowała całe moje życie, w każdej sekundzie, minucie, godzinie, dniu, miesiącu czy roku.”

I to prawda. Książka Stanisława Jędryki jest pełna emocji i ciepła, wrażliwości jaką może dać dziecku chyba tylko wielka miłość matczyna. A w tym wypadku była ona podwójna…

Wzruszony polecam Państwu tę książkę niezwykle gorąco.

Jacek Rojewski

PS

Korzystając z dobrodziejstw internetu mogę Czytelników Netkultury zaprosić również do wysłuchania jej fragmentów w interpretacji Krzysztofa Wakulińskiego

Fragmenty książki czyta w Polskim Radiu Krzysztof Wakuliński

Liczę, że książka spodoba się Państwu tak jak mnie.

Notka bibliograficzna:

Stanisław Jędryka
„Miłości mojego życia”
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
246 str. okładka miękka
Warszawa 2012

Tags:

Zostaw odpowiedź