Kasia Czekot: /Zbyt/ prosta historia o miłości.

20 lutego 2011 10:221 komentarz

 

 „Prosta historia o miłości”

reż. Arkadiusz Jakubik 

Polska 2010

80 min.

 

          Śmiem twierdzić, że do dobrego filmu nie trzeba epickich historii. Wręcz przeciwnie, najwięksi potrafią skonstruować fascynującą filmową opowieść z fabuły, którą da się streścić w kilku zdaniach. Resztę załatwia magia kina oparta na talencie i precyzji reżysera. Niestety polscy filmowcy do prostych fabuł dorastają, delikatnie mówiąc, rzadko. Artystów może i kilku mamy, ale ja tęsknię /to kolejna netkulturowa recenzja odsłaniająca tę moją obsesję/ do rzemieślników  robiących solidne kino gatunkowe. Do komedii romantycznych mających choć cień kontaktu z reczywistością, do dobrego bezpretensjonalnego melodramatu, do sprawnie zrobionego kryminału, czy autentycznie śmiesznej komedii. Filmowy mainstream a to tonie w wiejskiej sielskości, bądź miejskim brutalizmie, a to trzęsie nim od historycznej martyrologii po egocentryczne, psychologiczne wiwisekcje, a kino tzw. „niezależne” przy wszystkich odmianach niezależności jest niezależne głównie od pieniędzy.

 

     Oczywiście generalizuję i to generalizacją niesłuszną i niesprawiedliwą, ale pozostaje faktem, że moja tęsknota za najprostszą, solidną zabawą kinem, za bezpretensjonalną rozrywką, miłym dla oka rzemiosłem, pozostała w 2010r. niezaspokojona. Być może zaskoczy mnie pod tym względem rok 2011, ale wolę nie zapeszać.

 

     Jednym z większych rozczarowań był dla mnie w roku minionym film Arkadiusza Jakubika „Prosta historia o miłości” mający być, zgodnie z powszechną opinią krytyki, „świetnym debiutem reżyserskim” Arkadiusza Jakubika i „nową jakością kina niezależnego” w jednym. Niestety syndrom polskiego kina „niezależnego” zadziałał tu w całej rozciągłości. Film jest chaotycznym zbiorem poszarpanych wątków, przypominającym ciąg dość swobodnych improwizacji i to zrealizowanych w pośpiechu. Nie wiem ile dni zdjęciowych obejmował budżet filmu, ale moim zdaniem było ich zdecydowanie za mało. „Finezyjna zabawa kinem”, tak chwalona przez niektórych recenzentów sprowadzała się w tym filmie do dosyć nieczytelnych dla przeciętnego widza zapożyczeń z klasyków kina, oraz wyświechtanego pomysłu kina w kinie, co niestety nie usprawiedliwia wrażenia radosnej „prowizorki” całego przedsięwzięcia.

 

     „Prosta historia o miłości” to doskonały przykład tego jak z prostą historią postępować nie należy. Pomysł jest wręcz banalny, para scenarzystów układa scenariusz, a kreowanie bohaterów, kolejne wątki i wariacje, widz może śledzić na ekranie w, jak to się mówi, czasie rzeczywistym, czyli po prostu natychmiast. Na starcie On i Ona – para /nie tylko liczbowo, ale i uczuciowo/ scenarzystów, miłymi głosami relacjonują nam proces wymyślania postaci bohaterów przyszłego filmu. Dowiadujemy się jak się spotykają, kim są, skąd pochodzą, jakie mają rodziny itp. Początkowo wygląda to dość świeżo i nie zwiastuje klęski filmu /świetna scena z zakupem ciastka na dworcowym straganie/, ale  inscenizacyjną umowność pierwszych ujęć zastępuje rychło bałagan i takie namnożenie wątków, że widz czuje się w tym kompletnie zagubiony.

 

     W ciągu kilku minut scenarzyści budując koligacje rodzinne bohaterów bombardują nas tyloma wariantami ojców, matek, kochanków itd., że nie sposób się w czymkolwiek połapać. A to Gudejko mignie, a to Kamiński, a to Olszówka, a to jeszcze ktoś. W końcu przestaje to być istotne i do niczego nie prowadzi. Potem jest równie źle. Gdy w końcu nam się z tego chaosu wyłonią jako tako spójnie nakreśleni głowni bohaterowie – Marta /Popławska/ i Aleks /Maćkowiak/, ich historia miota się od planu do planu, zatrzymując się na dłużej jedynie w pociągu relacji Łódź Kaliska – Hel.  W wagon tego pociągu zapakowali ciągle komentujący z offu scenarzyści ekipę kręcącą film, w którym Marta, znana aktorka, gra razem z naturszczykiem Aleksem. Ponieważ jednak kręcą film polski mamy tu wszechwładnego reżysera-kabotyna /Topa/  z którym Marta jest aktualnie w związku, wygłaszającego bełkotliwe prawdy o swoim artystycznym credo. Aleks i Marta grają parę między którą rodzi się uczucie, uczucie oczywiście kiełkuje równolegle między nimi i poza planem. Wszystkiemu towarzyszy realizacyjny chaos, a to mikrofonu nie da się utrzymać, a to ekipa techniczna się zaprawi w sztok, a dokumentalne przebitki, coś w rodzaju wywiadów-monologów aktorów i reżysera, niosą nam komunały rodem z rautu dla celebrytów.

 

W zamierzeniu miała być to zapewne satyra na środowisko filmowe i mogło być to nawet zabawne gdyby nie wrażenie, że Jakubik nakręcił film o kręceniu własnego filmu. Filmowy reżyser Patryk, grany dość sztampowo przez Bartka Topę wypowiada znamienne zdanie „Lubię litery, lubie słowa, nie lubię całych zdań”. Choć jest to część jego bzdurnej, kabotyńskiej wypowiedzi, która ma mieć efekt komiczny, doskonale pasuje mi ona do efektu osiągniętego przez Jakubika. Najprostsza z możliwych historia została przez niego rozbita na serie chaotycznych epizodów, całość ma formę niespójnie powiązanych etiud aktorskich i zamiast Prostej Historii opowiedzianej choćby kilkoma zdaniami, mamy bełkotliwe dukanie po literach właśnie. Na dodatek fabularnej prowizorce i chaosowi towarzyszy straszliwie jednowymiarowa kreacja bohaterów. Aktorzy /tym razem ci prawdziwi, w pierwszym Jakubikowym planie/ nie mają tu czego grać, na dodatek serce się kraje gdy widać jak bardzo zmuszani są do szarży. Mści to się straszliwie na Magdalenie Popławskiej, której postać skrojona  jest wyłącznie do poziomu histerii i wrzasków, a zadania aktorskie, które „reżyser” Patryk zadaje filmowej Marcie uzasadniałyby solidny proces o mobing i molestowanie. Reszta aktorów po prostu jest na planie, i to „jest sobie” można powiedzieć biorąc pod uwagę dezynwolturę tego bycia. Topa nie wychodzi poza szablon lekkiego świrusa, Maćkowiak jest typowym Maćkowiakiem i nic więcej nie można o tej roli powiedzieć, reszta ekipy filmowej grająca „ekipę filmową” też tylko jest, aczkolwiek mniej wiadomo po co /myślę, że nie po to by Lenartowicz pokazywał przedziałek nad opuszczonymi spodniami/. W tle cały czas mamy Ją i Jego wyjaśniających ten cały bałagan z offu, z tym, że przyznam się, że dla mnie w pewnym momencie przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. A potem nagle się to układa w zupełnie dla mnie nie przekonujący romantyczny happyend. Jak się okazuje wystarczyło tylko zatrzymać pociąg, by wypuścić z tej matni Aleksa i Martę.

 

     Dostaliśmy więc prostą historię, którą Jakubik skomplikował tam gdzie nie było to potrzebne, uprościł gdzie było to zabójcze, a przede wszystkim filmowo chaotycznie wybełkotał sylabami zamiast opowiedzieć kilkoma mocnymi zdaniami. Jeszcze raz przekonałam się, że „niezależność” w polskim pełnometrażowym kinie oznacza bałagan, prowizorkę, słaby scenariusz i aktorskie szarże.

 

     Natomiast bardzo mnie zastanawia powszechny dosyć aplauz krytyki. Nie widziałam w tym filmie ani „błyskotliwiej satyry na środowisko filmowe”, ani „zabawy zapożyczeniami”, ani /o zgrozo/ „oryginalnej opowieści o miłości”.  Mogłabym odnieść wrażenie, że udało się Jakubikowi osiągnąć to co chyba chciał wyśmiać. Film niszowy, funkcjonujący środowiskowo, w sposób wyśmiewany przez Machulskiego w „Superprodukcji” /dyskusja krytyków o kinie irańskim bodajże/. Niestety ocenę utrudnia mi publiczność, która swoją sympatię i antypatię do „Prostej historii o miłości” rozkłada mniej więcej symetrycznie. Film Jakubika został nominowany do Orłów w kategorii odkrycie roku, zdobył Złote Lwy Gdańskie w Konkursie Kina Niezależnego, zajmuje pierwsze miejsca w internetowych plebiscytach. Moim zdaniem świadczy to niestety o niezwykle słabej kondycji kina niezależnego i braku konkurencji, a przymiotnik „niezależny” coraz bardziej należy brać w filmowym kontekście w cudzysłów. Wygląda na to, że w polskim kinie „niezależność” oznacza amatorszczyznę i mały budżet.

 

     Paradoksalnie, przyznać muszę, że będę czekać na dalsze realizacje Jakubika. To twórca o ogromnym potencjale, człowiek o olbrzymiej ilości talentów, który ma  „papiery” na dobre kino, a mam nadzieję, że będzie miał i na nie szansę. Czytelników przewrotnie zachęcam do obejrzenia tego filmu, być może zweryfikują mój odosobniony krytyczny głos protestu. „Prosta historia o miłości” to historia świetnego aktora, który popełnił niewybaczalne błędy jako reżyser i scenarzysta, ale i niebanalnego, oryginalnego twórcy, który może tych błędów nie powtórzyć w przyszłości. Dlatego też jest to  film co do negatywnej oceny którego chciałabym się mylić.  

 

Kasia Czekot

———————————————————–

Fotografie zamieszczone w recenzji pochodzą z materiałów prasowych filmu. Wszelkie prawa zastrzeżone. 

 

 

 

Tags:

1 Komentarz

  • Niestety również uczestniczyłem naocznie w tym filmowym wydarzeniu. Wrażenia mam podobne, bardzo podobali mi się natomiast Pan Arkadiusz z żoną Panią Agnieszką jak się przechadzali romantycznie, właściwie mogliby się większość filmu tak miłośnie przechadzać zamiast tego scenariuszowego gulaszu.

Zostaw odpowiedź