Jolanta Sztejka: Cała Polska nie czyta dzieciom

20 lutego 2011 10:2513 komentarzy

     Moi rodzice wychowywali czwórkę dzieci i jakoś w tym wszystkim nie znajdowali czasu, by im czytać. Choć mamę widywałam czasami późnym wieczorem z książką w ręku albo rozwiązującą krzyżówki, to jednak w naszym domu królował głównie telewizor.

     W podstawówce do czytania zachęcił mnie konkurs na największą ilość wypożyczonych książek ze szkolnej biblioteki. Wypożyczałam dużo, ale oczywiście nie czytałam wszystkiego, choć za sprawą tego konkursu odkryłam przyjemność czytania. Nie pamiętam, jaki miałam wtedy stosunek do obowiązkowych lektur, czy czytałam je z przyjemnością, czy w ogóle, czy dlatego że trzeba było mieć jakąś wiedzę na lekcje języka polskiego.

     W liceum czytałam już więcej. Miałam fantastyczną polonistkę… zawsze przed wakacjami podawała nam listę lektur, jakie będziemy „przerabiać” w następnym roku, więc czytałam spokojnie, bez strachu, że nie zdążę na czas… Bez presji, z przyjemnością, a były to już czasy – wprawdzie nie Internetu – ale ogólnie dostępnych opracowań, streszczeń. I wypożyczalni filmów video – z ekranizacjami powieści na czele.

     Poza lekturami z listy udawało mi się przeczytać w wakacje jeszcze kilka pozycji. Co ciekawe, jakoś tematy szkolnych wypracowań wpasowywały się w moje wakacyjne lektury,  tak że niemal do każdej pracy mogłam włączyć coś z książki spoza sztywnego kanonu lektur. Polonistka nagradzała za to dobrymi stopniami. Niedawno okazało się, że mój esej o śmierci (20 stron papieru kancelaryjnego – takie to były czasy!) od lat kilku znajduje się w rękach mojej mamy. Praca dodatkowa, dla chętnych… poza lekturami skorzystałam z trzech pozycji spoza kanonu. Polonistka doceniła.

  

rys. Katarzyna Rymarz

 
    A więc czytałam… Streszczeniami posiłkowałam się rzadko, jeśli już, to dla odświeżenia pamięci, gdyż polonistka robiła sprawdziany z treści lektur.  Pamiętam jak dziś sprawdzian z „Pana Tadeusza”. Pytanie: „Co miała na sobie Telimena w świątyni dumania?” Nikt, kto nie przeczytał lektury, nie znalazłby odpowiedzi w streszczeniu, nawet gdyby trzymał takowe na ławce. Albo: „Na prawo (czy tam lewo – nie pamiętam) od Soplicowa prowadzi droga… Dokąd? Tego, przyznam, nie wiem do dzisiaj. Czy to miało zachęcać młodzież do czytania, czy wręcz przeciwnie – można by dyskutować. Mnie motywowało. Jak motywować dziś?

      Byłam nastolatką, kiedy urodziła się moja najmłodsza siostra. Uwielbiałam jej czytać wierszyki i bajki… Nie były to jeszcze czasy medialnych kampanii w stylu „poczytaj  mi mamo, poczytaj mi tato”, czy „cała Polska czyta dzieciom” ale gdzieś tam już była mowa, że dzieciom czytać należy. To ja, starsza dobra siostra czytałam. Brzechwę, Tuwima… Wszystkie książki, które jako dziecko dostałam na urodziny, pod choinkę.

      Moja najmłodsza siostra jest już dorosła, od pół roku ma swoją pierwszą pracę. Na razie mało ciekawą, ale za to ma w niej mnóstwo czasu na… czytanie! Pochłania nawet książkę dziennie! „Wyczytała” wszystko, co miałam w domu, niektóre pozycje niemal wyrywając mi z ręki. Przez to wdałyśmy się w dyskusję na temat czytania. Zapytałam czy nie żałuje, że dopiero teraz odkryła przyjemność lektury i tak właściwie, dlaczego nie czytała wcześniej?

     Odpowiedź kompletnie mnie zaskoczyła. Moje oczko w głowie odpowiedziało: „mam traumę z dzieciństwa, pamiętam, że ciągle coś mi czytałaś”

      Przyznam, że nie brałam pod uwagę, że czytając dzieciom należy wiedzieć jak to czytanie dawkować, że i tutaj łatwo przekroczyć granicę. Choć z drugiej strony zastanawiam się czy słowo „trauma” nie jest tutaj nadużyciem, bo nie pamiętam, by moje maleństwo, które dość ruchliwym dzieckiem było, jakoś specjalnie się przed tym czytaniem wzbraniało.

Ale że pamięć bywa zawodna…

      Dzisiaj z czytaniem bywa różnie. Statystyki zatrważają. Książki zostały wyparte przez telewizję satelitarną, Internet…  Lektury są ekranizowane, streszczenia i wypracowania dostępne w Internecie. Księgarnie zastępowane przez bazy e-booków. W codzienność wkrada się coraz odważniej obcy język. Na niewiele też zdają się medialne akcje.

      Na szczęście w całym tym wariactwie nie brakuje tradycjonalistów, którzy wolą książkę, zamkniętą w okładkę, którą można zabrać ze sobą na plażę, włożyć do torebki czy plecaka i czytać w pociągu, zapominając o trudach podróży. Czy jest nas jeszcze wielu? Jak przekonywać dzisiaj, że książki są cenne, że warto czytać? I wreszcie – jak czytać dzieciom, by nie było mowy o traumie?

  

Jolanta Sztejka

    

    

Tags:

13 Komentarzy

  • Czytać to co miłe, co sprawia przyjemność. Tak jak u nas „Kubuś Puchatek” „poczytaj mi mamo” „Agnieszka Osiecka dzieciom” – to są odpowiednie opowiadania dla najmłodszych

    • Wyrokowanie co jest dobrą lekturą dla dzieci na podstawie tego, co nam się podoba bywa zwodnicze. Ku mojemu zdumieniu moi synowie nienawidzili Niziurskiego. Kompletnie tego nie rozumiem. Z drugiej strony ich „Wiedźmin” od 15 lat leżący w naszym wc nudzi mnie za każdym razem.

  • felieton ciekawy, warto temat kontynuować – z przyjemnością poczytam. Arcypiękna ilustracja – gratulacje dla autorki. Poproszę o więcej takich.

  • A tak wiele można się z książeczek dla dzieci nauczyć. Choćby tolerancji. Oto fragment z Mumunków: „Wszyscy w rodzinie Paszczaka nosili suknie. Dziwne to, ale tak już jest”. Cytuję może niedokładnie, z pamięci.

  • w związku z wieloma dyskusjami na ten temat i różnymi innymi okolicznościami, kontynuacja tematu w przygotowaniu ;)

    • z tolerancją może być różnie.. dziecka nauczy, w dorosłym wydaniu ta tolerancja może się skończyć się aferą [np Teletubisie]

  • „Statystyki zatrważają. Książki zostały wyparte przez telewizję satelitarną, Internet… Lektury są ekranizowane, streszczenia i wypracowania dostępne w Internecie. Księgarnie zastępowane przez bazy e-booków. W codzienność wkrada się coraz odważniej obcy język. Na niewiele też zdają się medialne akcje.”

    No straszne rzeczy po prostu. Czarna rozpacz, Sodomia i Gomoria;)

    Zacznijmy od takiej prostej kwestii: co to w ogóle są te „książki”? Gdybyśmy mieli obejmować tym pojęciem wszystko, co wydrukowane i zamknięte w okładkach, to ja protestuję. Jeśli „Czarodziejską Górę” nazwiemy „książką”, to czy aby na pewno byle powieścidło Hedwig Courths-Mahler również godne jest tego miana? Niby wszystko się zgadza. Druk jest – i to w tym samym języku! – okładki jakby też, ale przecież nie postawimy obu dzieł na jednej półce, prawda? Stąd też sprawa wydaje mi się raczej mało skomplikowana: wyparte zostały nie książki en bloc, a tania rozrywka, której obecnie w dowolnej ilości dostarczają mass media z telewizją na czele. Czy to źle? Nie sądzę. Nie jestem nawet w stanie stwierdzić, że jakoś mocno inaczej. Bo czy tak naprawdę serialowa M jak Mamałyga odstaje czymkolwiek od powieściowego romansidła? Tyle, że nośnik się zmienił.

    Dalej: a Szanowna Autorka to gdzie niby zamieściła swe lamenty nad upadkiem czytelnictwa, jeśli właśnie nie w internecie?:) Nie rozumiem tej polaryzacji – media stare contra media nowe. Książka też kiedyś była nowym medium. A u mnie w domu podłączony do sieci komputer dość pokojowo sąsiaduje z opasłymi woluminami. I ten biały talerz za oknem takoż, mam wrażenie, nie czuje się nie na miejscu.

    Lektury ekranizuje się od lat. Podobnie od lat powszechne są streszczenia. Tyle, że te ostatnie kiedyś przyjmowały formę małych drukowanych książek (sic), a dziś istnieją poprzez bity. Co to, tak naprawdę, za różnica?

    Utyskiwań nad popularyzacją cyfrowej literatury nie pojmuję ni w ząb. Dlaczego niby wspomniana wyżej „Czarodziejska Góra” czytana z LCD miałaby być gorsza od tej samej „Czarodziejskiej Góry” czytanej z papieru? Tekst się liczy. I nic poza nim.

    Co do zaśmiecania języka, owszem, mnie też te wszystkie „ingi” niemiłosiernie irytują (mimo – dlatego? – żem filolog anglista). Niemniej, nie uważam, aby to było jakieś przesadnie nowe zjawisko. Szlachcic-sarmata w pięciowyrazowym zdaniu upychał trzy słowa z łaciny, bo tak, Mościa Pani, politycznie było. Jego prawnuk podpierał się francuszczyzną, a prapraprawnuk rosyjskim, czy nawet, jak chciał być bardzo po linii, radzieckim. Dziś mamy angielszczyznę, nawet mnie się jakieś OK czasami zapodzieje. Pojutrze będziemy tu i ówdzie coś wtrącać po mandaryńsku. Taki świat. Co tu mają książki do rzeczy?

    Kończąc to przydługie omówienie dość krótkiego cytatu: nie dajmy się zwariować. Ani nam trawa od wczoraj nie spłowiała, ani książki nie spłonęły.

    • Tytułem post scriptum (to już naprawdę koniec mojego wymądrzania na dziś, obiecuję;) ośmielę się jeszcze odpowiedzieć na trzy finalne pytania.

      „Czy jest nas jeszcze wielu?”

      „Jeszcze”? Jest nas pi razy drzwi tyle samo, co zawsze. Patrz poprzedni komentarz. Wielu, czy nie – zależy, jak mierzyć.

      „Jak przekonywać dzisiaj, że książki są cenne, że warto czytać?”

      Wychowanie przez modelowanie, a więc – czytać samemu i nie ograniczać się w tym do późnych godzin wieczornych. Wręcz przeciwnie, pokazywać, że to fajne. Jednym z ostrzejszych obrazków, jakie zostały mi w pamięci po moim śp. tacie jest jego widok, gdy otoczony kłębkiem dymu przewraca kolejne strony. Na szczęście, zostało mi po nim ślepe uwielbienie do słowa pisanego. Niestety, do nikotyny też.

      „I wreszcie – jak czytać dzieciom, by nie było mowy o traumie?”

      Tak, aby w „ja czytam tobie” hierarchia wartości była odwrotna, niż szyk zdania. To naprawdę proste:)

    • „Lektury ekranizuje się od lat. Podobnie od lat powszechne są streszczenia. Tyle, że te ostatnie kiedyś przyjmowały formę małych drukowanych książek (sic), a dziś istnieją poprzez bity. Co to, tak naprawdę, za różnica?”
      No jakaś jest:
      drukowane trzeba było przeczytać i przepisać, by oddać pracę domową
      teraz wystarczy zastosować metodę kopiuj – wklej, jakaś praca powstanie – na mierną nie ważna treść, ważne że się raczyło podjąć trud czynności;)
      Ja tam streszczeń nie czytało, stare jestem.

    • „Dalej: a Szanowna Autorka to gdzie niby zamieściła swe lamenty nad upadkiem czytelnictwa, jeśli właśnie nie w internecie?:) Nie rozumiem tej polaryzacji – media stare contra media nowe.”
      Autorka zamieściła w sieci, ale poza tym autorka od czytania książek się nie uchyla
      ;D

  • ad bubu: ja bym jedak nie stawiał znaku równości pomiędzy M jak Miłośc a rozrywkowym romansidłem drukowanym. Czytając te drugie (w czasach, kiedy nie word pracował nad pisownią, a redaktor w wydawnictwie) można było się przynajmniej przyuczyć do ortografii ip. Tu bym dziabnął w interneT: jest tu moda na olewanie ortografii (o reszcie nie wspominam) i spróbuj gościowi coś zarzucic w tem względzie, to odszczeknie: a) że mam papiery na to, że mu wolno byki strzelac, b) że internet to nie dyktando.
    Bardziej też czepiałbym się TV a nie netu, jako że udowodnione jest, iż wyobraźnię dzieciaka mniej stymuluje narracja ruchomych obrazów, a literowa wręcz przeciwnie. Co do zamieszczania lamentów o nieczytaniu w krytykowanym necie, to oczywiście żart podobny jak zarzut wobec antyglobalistów, że skrzykując się zamiast gołębi używać, łapią za kompy i komórki;))

  • Kolega Zenek jest straszliwie poważny. A gdzie ja znak równości stawiam „pomiędzy M jak Miłość a rozrywkowym romansidłem drukowanym”?

    „wyobraźnię dzieciaka mniej stymuluje narracja ruchomych obrazów, a literowa wręcz przeciwnie” – pełna zgoda, dodam nawet, że oglądanie telewizji stymuluje bierność, kształtuje biernego obserwatora, aktywność wyzwala poruszajaca wyobraźnię lektura.

  • Aaa, i jeśli znam się choć trochę na sztukach plastycznych, widzę że dziecięca ręka poruszona treścią domalowała coś na prawej kartce książeczki powyżej. I nie jest to zwykłe odwzorowanie. Tak to właśnie działa.

Zostaw odpowiedź