Jarosław Kolasiński: Trzecie prawo Newtoniksa

20 lutego 2011 10:251 komentarz

Peter Heather
Upadek Cesarstwa Rzymskiego
tyt.oryg.: The Fall of the Roman Empire
tłum. Janusz Szczepański
Rebis, Poznań 2006

Peter Heather
Imperia i barbarzyńcy. Migracje i narodziny Europy
tyt. oryg.: Empires and Barbarians
tłum. Janusz Szczepański
Rebis, Poznań 2010

 

     Na kolejną dostępną na polskim rynku księgarskim książkę profesora Petera Heathera z Worcester College of Oxford czekać przyszło aż cztery lata. I było warto, choć z drugiej strony postępowanie takie śmiało uznać można za dręczenie stęsknionego czytelnika. A na to powinien być jakiś paragraf.

     Po raz pierwszy natknąłem się na efekty naukowej działalności profesora w roku 2006, kiedy to Rebis wydał jego znakomity „Upadek cesarstwa Rzymskiego”, który choć mógł odstraszać opasłością, okazał się lekturą wręcz ekscytującą i wręcz obowiązkową dla każdego, kto wypowiada się (lub chciałby móc to czynić) o upadku starożytnego imperium rzymskiego, dramacie obfitującym w żywe do dziś konsekwencje.

     Peter Heather, historyk tyleż znakomitej wiedzy, co pióra – kontynuując w obu omawianych pracach chlubne tradycje brytyjskiej szkoły historii starożytnej, leczy odbiorcę z anachronicznie „fatalnego zauroczenia” Gibbonem, a także powtarzanymi za nim niemal identycznymi tezami, zarówno o przebiegu „katastrofy”, jak i jej przyczynach. O upadkogennym ołowiu rur w akweduktach od profesora się czytelnik nie dowie. Podobnie o wywołującej efekt identyczny (antypaństwowa bezpłodność!) samobójczej de facto skłonności Rzymian do gorących kąpieli. W kwestii ewentualnej kary boskiej za rozpustę i bezbożność też u Heathera cisza, jak makiem zasiał. Kto pożąda tego typu sensacji, może sobie zakup tak „Upadku…”, jak „Imperiów…” spokojnie darować. Niech po nie sięgnie ten, komu w smak obcowanie z syntezą wyników szczegółowych badań naukowych podejmowanych w ostatnim czterdziestoleciu.

     Autor (o czym na samym początku „Upadku…” uczciwie informuje) korzysta w wielkiej mierze z efektów mrówczej pracy kolegów po fachu, dodając do tego swoje własne nowatorskie analizy znanych od dawna (pisanych) materiałów źródłowych. Niektóre, dotąd dyskwalifikowane, przywraca do łask, a część do tej pory uznawanych za fundamentalne ustawia na półce z literacką fikcją. P. Heather nie majstruje wytrychem „zaginionych źródeł”, choć w kilku przypadkach nie wyklucza ich istnienia. Usiłuje niejednokrotnie rekonstruować źródła niezachowane, opierając się na tych istniejących, zawierających tamtych streszczenie czy rozwinięcie. Zaufanie wzbudzać musi przyznawanie się profesora (bez zbędnych uników) do luk w materiale dowodowym. Niektóre pytania w związku z tym zawiesza, na inne zaś nie odpowiada, nie mając ku temu podstaw, o czym zawsze lojalnie informuje: „nie staram się mydlić […] oczu, kiedy […] trop się urywa albo […] kwestie pozostają niewyjaśnione.”

     Profesor wielekroć podkreśla, iż zgon rzymskiej Europy to jedna z najważniejszych zagadek historii, intrygująca tym bardziej, iż jej rozwiązanie ma kluczowe znaczenie dla rozumienia późniejszych dziejów naszego kontynentu, których kres imperium cezarów był akuszerem. Od pierwszej do ostatniej stronicy „Upadek…” posiada dla zatopionego w lekturze walory tak porządkujące (doskonale systematyzuje fakty i ich interpretacje znane już wcześniej), jak i uroki zaskoczenia – kryje niespodzianki w miejscach, w których na tzw. „zdrowy rozum” być ich nie powinno. Choćby wówczas, kiedy – na pozór samobójczo – stwierdza, iż żadnego upadku Rzymu nigdy nie było(!).

     Nim to jednak nastąpi, P. Heather odrzuca (jako nieudokumentowane) twierdzenia o nieuchronności katastrofy w wyniku: uwiądu biurokratycznego, systemowego krachu gospodarki, upadku moralności, zapaści militarnej z powodu barbaryzacji armii oraz kryzysu społecznego nieuchronnego w ustroju niewolniczym. Tezie o zgubnej deromanizacji imperium przeciwstawia tezę o postępującej romanizacji tak ludów żyjących w obrębie cesarstwa, jak też z nim – bliżej lub dalej – sąsiadujących. Rozwiewa też autor bajki o niezmiennie odzianych w te same skóry, a wiecznie chciwych „perkalu i paciorków” germańskich dzikusach. P. Heather ukazuje kilkuwiekową ich ewolucję, a także prawie zupełny brak o tym pojęcia rzymskich elit politycznych i wojskowych. Brytyjski historyk dezawuuje deterministyczną tezę o nieuchronności konfliktu Rzymu z barbaricum w wyniku rzekomo nierozwiązywalnej sprzeczności interesów – podpiera to licznymi dowodami.

     Podobnie bez wahania uniewinnia Heather chrześcijaństwo, oskarżane często o zniszczenie imperium z racji swych ciągot ewangelizacyjnych (wobec pogańskich barbarzyńców) oraz destrukcyjnych (wobec świeckiej władzy państwowej). Autor dowodzi, że w tym samym stopniu imperium uległo chrystianizacji, co chrześcijaństwo romanizacji. Wiara chrystusowa (skutkiem upaństwowienia) stała się czynnikiem imperium spajającym, a nie destruktywnym. Przecież – argumentuje Heather – chrześcijański Wschód przetrwał zachodniego bliźniaka o tysiąclecie.

     Cóż więc się stało z Cesarstwem Zachodnim, skoro nie upadło? Autor wyjaśnia, że Rzym nie tyle upadł, co trzymana przez wieki w jego zachodniej łapie Europa uległa ewolucyjnemu (choć ze sporą dozą gwałtu) przekształceniu. Barbarzyńscy diabli wzięli scentralizowany organizm cesarstwa, przetrwała jednak – podkreśla Brytyjczyk – z nienaruszoną kulturą romanitas prowincjonalna, ewoluując i jednocząc się wokół nowych centrów powstałych na terenie cesarstwa. Nie tyle zatem nagły upadek, co rozkład. Proces zresztą bardzo rozłożony w czasie, niejednakowy dla całego terytorium. Brak dającej opiekę i gwarancję własności władzy centralnej skłonił prowincję, rwąc jej więzi z Rzymem, do lojalności wobec dominujących nowych ośrodków.

     Dlaczego Rzym nie poradził sobie z problemami, które teoretycznie nie zdawały się go przerastać? – Nec Hercules contra plures! – wyjaśnia P. Heather – Zajęty na froncie perskim Wschód popełnił (wymuszony) błąd, sprzeniewierzając się odwiecznym rzymskim zasadom politycznym – nieopatrznie wpuścił nadmiernie wielkie i wewnętrzne spójne „stado gockich wilków” do swej owczarni. Wywołało to spiralę klęsk kolejnych, a także odwróciło uwagę Zachodu (wspierającego bliźniaka) od niebezpieczeństwa germańskiego, co z kolei pozwoliło na przekraczanie Renu coraz liczniejszym grupom „gości”. Rozerwanie (definitywne) imperium nastąpiło później „od środka”, poprzez upadek centrum oraz coraz silniejszą (często wrogą) niezależność nowopowstałych ośrodków politycznych. Pomijając zniszczenia i pożogi w momentach starć militarnych, zachodnie prowincje rzymskie całkiem nieźle zniosły upadek „centrali” – twierdzi P. Heather – Upadek Rzymu oznaczał raczej ewolucję, a nie kataklizm. Zachód pod przemożnym naciskiem plemion barbarzyńskich wyewoluował z jednego organizmu państwowego w wiele innych, które ruszyły dalej odrębnymi, choć w wielkiej mierze wspólnymi drogami.

     Głównie właśnie o tych drogach pisze Brytyjczyk w „Imperiach i barbarzyńcach”. Z początku wydarzenia analizuje głównie przez pryzmat rozumienia ich (lub nie) przez „najbardziej zainteresowanych” – samych Rzymian. „Zarzuca” im zaniechanie w postaci niedostrzeżenia ewolucji barbarzyńskich plemion z „w skóry odzianych” w związki zdolne do trwałej destabilizacji Imperium, a wręcz do jego likwidacji. Zaskakująca Rzym ewolucja barbaricum oraz wywołaną nią eksplozja – wędrówka ludów stanowią przedmiot rozważań w „Imperiach…”. W tym miejscu należy przestrzec zakochanych w dziewiętnastowiecznej proweniencji teoriach o wyższości Germanów nad pozostałymi, lub Słowian nad Germanami. Przy takim podejściu, „Imperia…” stanowią bardzo, ale to bardzo nieprzyjemną lekturę. Natomiast czytelnik łaknący wiedzy nowoczesnej, bazującej na najnowszych odkryciach, będzie z lektury tej pracy w pełni usatysfakcjonowany. Zarówno wówczas, gdy Heather zajmuje się (polemicznie) teoriami wyjaśniającymi (lub nie) mechanizmy wielkiego poruszenia ludów ówczesnej Azji, jak i wtedy, kiedy opisuje ewolucję postrzymskiej Europy. W nowatorski sposób ukazuje autor kształtowanie się wczesnośredniowiecznej Brytanii, wiele uwagi poświęca Skandynawii, interesujących informacji oraz refleksji o Słowiańszczyźnie również tu nie brak (pada wiele komplementów pod adresem polskiej archeologii). Nie wszystko wprawdzie przedstawia się  tak, jak się tego polski czytelnik w szkole (Biskupin…), ale to i lepiej. Historia prawdziwa, w swym skomplikowaniu i niejasnościach, jest o niebo ciekawsza niż jej oficjalno-państwowe wykładnie, których u Heathera ze świecą szukać. Nawet jeśli się je odnajdzie, to tylko wtedy, gdy autor naigrawa się z ciągniętych za uszy – jak je nazywa – „nacjonalistycznych wykładni”.

     W podsumowaniu Brytyjczyk formułuje „imperiów trzecie prawo Newtona” – biorąc pod uwagę czasy, którymi się zajmuje – zasadniej byłoby je nazwać „prawem Newtoniksa”. Doskonale tłumaczy ono przyczyny barbarzyńskiego naporu, który okazał się fundamentem dzisiejszej Europy. Newtonix (za pośrednictwem Heathera) twierdzi, iż mocarstwo narzucające swoje reguły gry innym jednostkom politycznym, wytwarza ich równą, przeciwnie skierowaną reakcję, której skutki ostatecznie kumulują się w tarczę zdolną stępić lub nawet złamać klingę imperialnego miecza.

     „Imperia…” nierozerwalnie zrośnięte z „Upadkiem…” to prawie półtorej tysiąca stronic wywodu. Liczba to odstraszające laika, ale absolutnie niesłusznie, bowiem Heatherowską metodę narracji śmiało można polecić (żal, że nie sposób do niej zmusić) tym z jego polskich kolegów po fachu, którzy ślęcząc nad źródłami ku chwale przyczynków, monografii i monografijek, zapominają o naczelnym imperatywie historyków – tworzeniu rekonstruującej dzieje narracji. P. Heather rozumie to doskonale i narrację swą prowadzi bez oglądania się na gromy rzucane zapewne przez jego kolegów tłoczących się na zakurzonym uniwersyteckim Olimpie, niedostępnym czytelnikowi nieprofesjonalnemu. Wędrując od szczegółu ku stosownemu stopniowi uogólnienia, Brytyjczyk zręcznie zarysowuje tło wydarzeń, a każdą partię rozważań kończy krótkim, acz treściwym resumé oraz pytaniami zapowiadającymi ciąg dalszy.

     Czyni to wszystko tak, że nie sposób pogardzić przynętą i zerwać się z haczyka. Kohorty analizowanych faktów, wsparte dygresjami nie stanowią tu celu samego w sobie, nie są popisami erudycyjnymi, lecz w sposób logiczny rozwijają wywód. Każda jego fraza wynika z poprzedniej, płodząc jednocześnie kolejne. Należy tu podkreślić wysokie walory literackie obu prac Heathera (faworyzując tu lekko „Upadek…”), charakteryzujących się w równym stopniu głębią, co atrakcyjnością przekazu i przystępnością języka – m.in. dzięki rezygnacji z profesjonalnego żargonu. Dawka ironii zawarta w Heatherowskich analizach memuarów rzymskich biurokratów, co rusz każe krztusić się ze śmiechu, nie inaczej jest, gdy profesor okrasza wywód historyczną anegdotą, zawsze przedniej marki, gdy na język historycznej prawdy tłumaczy zachowaną do dziś prywatną korespondencję, często obezwładniającą swym niezamierzonym humorem, a zawsze dającą szansę zrozumienia, co „chylącym się ku upadkowi” Rzymianom w duszach grało.

     Oksfordczyk zachowuje niezbędny dystans wobec dziejowej materii, ale równie dobrze czuje się w merytorycznie uzasadnionej dygresji, która wywodu nie spowalnia, nie zaburza, lecz jest jego integralną częścią czy jest to ironiczny opis „dyplomatycznych talentów” Attyli, czy potencjalnie arcynudna, a faktycznie arcysmakowita opowieść o wpływie niesymetrycznego łuku refleksyjnego na dzieje świata, albo też – rodem prosto z farsy – relacja z kontredansu Alaryka wokół Rzymu, okraszona pełnymi sarkastycznego polotu komentarzami nawiązującymi do czasów absolutnie współczesnych. Dzięki takiemu właśnie potraktowaniu czytelnika (który przecież – to się czasem ponoć zdarza –  może nie być posiwiałym w archiwach profesorem historii) obie książki czyta się znakomicie. A przecież zawarta w nich dawka wiedzy historycznej z powodzeniem mogłaby powalić Minotaura, co jednak nie grozi za przyczyną znakomitego narracyjnego kunsztu profesora Petera Heathera.

 

Jarosław Kolasiński

 

 

Tags:

1 Komentarz

  • Jest w Netkulturze tak dużo do czytania, że dopiero teraz dotarłam do tej recenzji. Dogłębnie i rzeczowo zanalizowana zawartość książek. Na rynku wydawniczym jest więcej pozycji dotyczących Cesarstwa, różnych autorów. Teraz wiem, że po książki Petera Heathera warto sięgnąć, mimo opasłości tomów.

Zostaw odpowiedź