Jarosław Kolasiński: Ostatni taki Wallander

20 lutego 2011 10:260 komentarzy

Henning Mankell
Niespokojny człowiek
tyt. oryg.: Den orolige mannen
tłum.: Beata Walczak-Larsson
WAB, listopad 2010

     Można już zacząć drzeć szaty: stało się. Wallander odchodzi. Jussi truchta przodem, a za nim noga za nogą wlecze się komisarz o dwóch filmowych twarzach: Kennetha Branagha i Kristera Henrikssona. Ten drugi z pewnością bardziej by się nadawał do głównej roli w ekranizacji „Niespokojnego człowieka”. Angielskiego aktora łatwiej jakoś mi sobie wyobrazić w chwilach, gdy komisarz albo zaraz zacznie pić, albo już się słania, ewentualnie leczy kaca lub jest na skraju samobójstwa. Stanowczo jest Branagh zbyt młodzieńczy na insulinowe zapaści i zaniki pamięci. Bo taki właśnie jest Wallander w tej książce. Po brzegi pełen gorzkiej retrospektywnej refleksji i życiowej (wiekowej raczej) kapitulacji (choć nie bez prób walki,  w której pozytywne skutki raczej nie wierzy). I tu dla polskiego czytelnika smakowita niespodzianka – zmierzający ku emeryturze pan policjant ma 55 lat, problem w tym, że trudne to dla jego organizmu do udźwignięcia, również z uwagi na przez dziesięciolecia kumulujący się zawodowy stress. Pewnie ciężko to zrozumieć w kraju, w którym seryjnie produkuje się mity o policjantach zdolnych do służby w wieku lat 65 (a co za tym idzie kategoryczne postulaty), ale cóż – widać u nas lżej się żyje niż w Szwecji, do lekarza bliżej a i przestępcy bardziej „proekologiczni”. U Skandynawów pewnie też policja jest po to, by skutecznie zapewniać bezpieczeństwo, a nie po to, by jak najmniej obciążać budżet państwa.

     Mankellowska zagadka tym razem do powalających na kolana nie należy, choć jej ostateczna pointa może zaskakiwać, bardziej nawet, niż kręta droga wiodąca Wallandera do jej rozwikłania. Tradycyjnie obrywa się politykom (socjaldemokracji również) i armii szwedzkiej, tym razem „umoczono” flotę. Nie to jednak stanowi o wartości ostatniej książki z cyklu, który od samego początku nie był kryminalny tak od początku do końca. Dobijający do życiowego brzegu komisarz usiłuje rozwikłać zagadkę, na co ma sporo czasu „wolnego” z racji tego, że zostaje wcześniej przyłapany na zgubieniu służbowej broni w knajpie, w której wcale nie raczył się lemoniadą. Praca nad odnalezieniem teścia swej córki idzie powoli, tym bardziej że wyjaśnienie jej utrudnia fakt, iż zaginiony był wysokim oficerem marynarki, czyli pochodził ze środowiska, w którym niewiele mówi się cywilnym intruzom, a policjant dla admirałów, to jednak cywil. Dość dziwnie brzmią narzekania niektórych recenzentów, w których wytykają oni Mankellowi, że (tu się zresztą nie zgadzam) zagadka jest jasna od samego początku i dziwne, że Wallander tak długo się nad nią biedzi. Wytłumaczeniem zdawać tu się może (i nim jest) powolny aczkolwiek co do kierunku konsekwentny, marsz komisarza ku alzheimerowi. Widać to co kilka stronic i na co tu sarkać?

     Bohater w równym stopniu co z zagadką, bardziej niż w tomach poprzednich zmaga się z sobą samym, pokonywanym stopniowo przez chorobę, a wcześniej samotność, bolesną świadomość przemijania, nabywaną wiedzę o coraz młodszych znajomych, którzy odchodzą na emerytury, umierają. Jeśli tego rodzaju i kalibru refleksje nie mogą tłumaczyć powolności narracji książki (jest rzekomo „rozlazła”), małej efektywności komisarza w pracy, trudzenie się nad prostym zadaniem – to co może być wytłumaczeniem? Czyżbyśmy zaszli już tak daleko, że od powieści opowiadającej o zapadaniu się bohatera we wspomnienia, coraz bardziej przeważającą w nim przeszłość nad przyszłością oczekujemy wartkiej akcji pełnej zwrotów o 180 stopni, skrzących się werwą i dowcipem dialogów? Skoro tak, to szkoda na to Wallandera. Niech lepiej odejdzie. Ale i tak żal, że to już koniec, ale taka końców natura.

Jarosław Kolasiński

Tags:

Zostaw odpowiedź