Z-M-P: O tym, co duży chłopiec chciałby dostać na Walentynki

15 lutego 2012 11:360 komentarzy

Marcin Rosłoń
Mowa trawa
Słownik Piłkarskiej Polszczyzny
Bukowy Las, Wrocław 2011

     W zasadzie każda grupa zawodowa posiada swój wewnętrzny żargon. Pamiętam do dziś dwóch neurochirurgów, którzy wchodząc na blok operacyjny przybili piątkę na hasło „dawaj, panie, po trepanie!” Co prawda jechałem akurat do innej sali, a krojony miałem mieć bark, nie głowę, ale jakiś taki dreszczyk emocji przeszedł mi po kręgosłupie. Czym innym mówią lekarze, czym innym prawnicy, wojskowi, czy nauczyciele. Cóż więc ciekawego w słowniku piłkarskiej polszczyzny?
Ano sporo.

      Po pierwsze, do lekarza, sądu, czy – niestety! – szkoły chadzamy raczej z musu. Tymczasem boiskowe zmagania futbolistów na swe własne, nieprzymuszone życzenie śledzą miliony. I gdy się człowiek wśród tych milionów znajduje, wypadałoby wiedzieć, że sztangi się na zielonej murawie nie podnosi, tunel nie ma nic wspólnego z infrastrukturą drogową i/lub kolejową, zaś oddychanie rękawami nie oznacza, że danemu zawodnikowi wyrosły skrzela.

     Po drugie, Marcin Rosłoń to człowiek z wewnątrz. Były zawodowy futbolista, mający nawet na rozkładzie tytuł Mistrza Polski zdobyty sześć lat temu ze stołeczną Legią. Oprócz ekipy z Łazienkowskiej, występował także w poznańskim Lechu, grywał z całym mnóstwem piłkarzy i pod okiem pokażnej grupki trenerów. Co więcej, jeszcze jako czynny zawodnik związał się z Canal Plus i przez dwanaście lat pracy w tej stacji dorobił się statusu szanowanego eksperta.

     Wielka „Rosołowi” chwała, że chce się tym doświadczeniem dzielić, a w dodatku potrafi to zrobić. Dzięki temu prezentacja futbolowej leksyki staje się tylko pretekstem – jakkolwiek często bardzo interesującym i wieloma momentami zabawnym – do oprowadzenia czytelnika po takich fragmentach piłkarskiego świata, do których wstępu nie daje żaden bilet. Szatnia, boisko treningowe, gabinet odnowy, klubowy magazyn, ale także komentatorska „dziupla” – wszędzie tam zaglądamy niczym do własnej lodówki. Czytając Mowę Trawę da się poczuć zarówno mityczny zapach szatni, jak i ból piszczela obitego przez „sanki” rywala. Można stanąć oko w oko z „kierem”, „maserem” i „doksim”, przejść – całe szczęście, że tylko wirtualnie – chrzest w nowej drużynie, a nawet (uwierzcie, że w moim przypadku było to nie do pomyślenia) nabawić się awersji do chipsów.

     Owszem, w programie tej wycieczki widnieje kilka punktów, które osobiście z chęcią bym wyciął. Dla przykładu: jak zdeklarowany argentyno- i italofil, ilość odwołań do ligi angielskiej, które można znaleźć w tekście, uważam za wyraźnie przesadzoną. To i owo dałoby się też zarzucić układowi ilustracji. Logiki w nim znaleźć nie sposób. Można wręcz odnieść wrażenie, że – skądinąd zupełnie przyzwoite – obrazki zostały powrzucane do książki „na awanturę”.

     To jednak tylko niuanse. Tak, żeby było co poprawiać przed drugim wydaniem. Mimo paru kiksów, Mowę Trawę można z czystym sumieniem polecić zarówno fanatykom kopanej, piknikom, jak i okazjonalnym oglądaczom. Trudno mi wyobrazić sobie dużego chłopca, który obdarowany słownikiem piłkarskiej polszczyzny cisnąłby go do kąta.

Z-M-P

Tags:

Zostaw odpowiedź