Grzegorz Kolasiński: Sex, drugs and… masoneria??

15 stycznia 2012 16:334 komentarze

Sławomir Hawryszczuk
„Religia Rocka”
WPiK ENETEIA
Warszawa 2010

      Muzyka jest nieodzownym elementem w życiu człowieka. Banał? I co z tego. Człowiek, jako istota wrażliwa i czuła, podatny jest na jej oddziaływanie i emocje, które od zarania dziejów sam przypisywał poszczególnym jej elementom: stąd potrafimy np. rozróżnić, że muzyka jest smutna lub wesoła na podstawie tonacji czy metrum. Doskonale potrafimy też dopasować muzykę do sytuacji, w jakich sami się znajdujemy – tę sztukę wykorzystują z powodzeniem dźwiękowcy filmowi. Oczywistym również wydaje się fakt, że człowiek we wszelkich swoich działaniach brnie do szczęścia – tak więc kolokwialnie mówiąc „lubi się rozerwać”. Trudno zatem wyobrazić sobie gatunek muzyczny, który chcielibyśmy słyszeć jako akompaniament dla naszego życia, lepszy niż muzyka – nomen omen – rozrywkowa.

     Niemal wszystkiemu, co zostało wymienione powyżej, Sławomir Hawryszczuk, autor książki pt. „Religia Rocka”, zdaje się w swym dziele przeczyć. Na samym wstępie odczłowiecza ludzką jednostkę twierdząc, że wśród rzeszy fanów muzyki rozrywkowej uczestniczących w koncertach czy też mniejszych muzycznych imprezach, zanika świadomość własnego „ja”, wola i rozsądek. Prawdopodobnie osoby, które uczęszczają na muzyczne występy poczują się urażone – faktycznie w tłumie chętnie dołącza się do tych wielotysięcznych głosów, które „czczą” swoich idoli, ale kiedy ktoś przez przypadek boleśnie uderzy nas w żebra, odczuwamy własne „ja” dość dokładnie zajęci łapaniem powietrza i pomstowaniem. Na koncert idzie się też z własnej woli, trudno więc jednoznacznie stwierdzić, że w trakcie zabawy tę właśnie wolną wolę tracimy, po czym wraz z ostatnim słowem pożegnania padającym ze sceny – wraca ona na swoje miejsce.

      Kolejnym kontrowersyjnym (to chyba komplement?) stwierdzeniem pana Sławomira Hawryszczuka jest pogląd, że narodziny nowego nurtu muzycznego zaplanowano już w 1933 roku w Moskwie zgodnie z dyrektywami politycznymi i wytycznymi Kominternu, z których wynika, że produktem docelowym miała być muzyka masowa.  Rock n’roll w myśl tej tezy musiałby nagle na początku lat 50-tych pojawić się z inicjatywy komunistów w USA, jako że pierwszy raz tego terminu użył Alan Freed, amerykański discjockey, w 1951 roku. Jakoś trudno sobie wyobrazić! Ponadto wyewoluował on wyraźnie z bluesa i jazzu, więc i te dwa gatunki musiałyby być bardzo mocno związane z ZSRR, gdzie w rzeczywistości przez bardzo wiele lat były zakazane. A może jednak tow. Elvisa przerzucono łodzią podwodną prosto z Władywostoku?

      Jednak nie tylko komuniści ponoszą winę. Do bezpośrednich winowajców narodzin rocka zaliczyć należy masonów. Zgodnie z tezami zawartymi w „Religii…” burzyli wszelki oni porządek od wieków (np. tacy popularni prerockmani jak Mozart, Wagner, Bach byli wolnomularzami), a rock n’roll był apogeum w ich nieustającej walce ze światem. Pojawia się w recenzowanej książce również tak nawet śmiałe stwierdzenie, że w XX wieku stworzyli masoni sieć studiów nagraniowych, żeby nagrywać muzykę rozrywkową, której zadaniem było omamienie młodzieży, wywołanie anarchii i przyspieszenie narodzin New Age. Na podstawie fragmentu listu jednego z członków włoskiej Wysokiej Wenty, która stanowiła główne kierownictwo generalne tajnych stowarzyszeń masońskich, autor wskazuje, że muzyka była jednym z najważniejszych narzędzi niezbędnych, by uczynić z młodzieży pozbawioną wolnej woli masę. Wniosek wysnuty został na podstawie tego fragmentu:

„Pod najbardziej błahym pretekstem (…) stwarzajcie sami, lub jeszcze lepiej powodujcie, by to inni stwarzali, różne organizacje mające na celu handel, przemysł, muzykę, sztuki piękne itd. (…)”

Czujnemu oku nie umknie fakt, że muzyka jest tutaj wymieniona w szeregu z innymi sposobami infiltracji społeczeństwa, ale bynajmniej nie na pierwszym miejscu ani też nie została w żaden sposób wyszczególniona.

      W świetle wyżej wspomnianych odkryć nie jest niespodzianką, że dla autora bez winy nie pozostają ojcowie Wielkiej Rewolucji Francuskiej z 1789 roku. Autor  znajduje analogię pomiędzy hasłem tejże rewolucji – „Wolność, równość, braterstwo!” oraz „Sex drugs and rock and roll!”, a następnie sugeruje, że wymieniona w Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela (podstawowym dokumencie rewolucji) „równość” w tym kontekście miała zastąpić honor, zrównać zbrodniarza z człowiekiem prawym i „coraz częściej smakowana w halucynogennych wizjach narkotycznych, stała się wdzięcznym tematem piosenek rockowych i hymnów wznoszonych na cześć LSD”. Po dłuższym zastanowieniu się nad tą tezą i odszukaniu w niej wszystkich dziur, czyniących z niej przysłowiowy szwajcarski ser, możemy dojść do wniosku całkiem przeciwnego – jedno nie ma żadnego związku z drugim!

      W kolejnych rozdziałach książki dowiadujemy się o wielu skandalach dotyczących The Beatles, Elvisa Presleya, Alice Coopera, The Rolling Stones, Marylina Mansona, Iron Maiden czy Ozzy’ego Osbourne’a. Mimo iż wszystko to było dementowane już wielokrotnie w kolorowych czasopismach,  warto  w tym miejscu niektóre fakty przypomnieć. Proszę nie rechotać, ale:

      Kiedy twierdzono, że Ozzy Osborne z premedytacją odgryzł głowę nietoperzowi, ten gorzko tego żałował, ponieważ otrzymał wymierzonych w pośladki ponad 20 zastrzyków przeciw wściekliźnie, gdyż zrobił to przekonany, że to gumowa zabawka (dużo wysiłku włożył autor Religii… w to, by nie dostrzec ironii w „wyjaśnieniach” Ozzy’ego). Alice Cooper nazajutrz po koncercie, na którym ze wstrętem usunął ze sceny wrzuconego przez któregoś z fanów martwego kurczaka, przeczytał w gazecie, że urwał mu łeb i wypił krew. Iron Maiden oskarżano o satanizm dość często, np. po wydaniu albumu „The Number Of The Beast”, co rozbawiło członków zespołu to do tego stopnia, że na kolejnej płycie jako intro do utworu zatytułowanego „Still Life” możemy usłyszeć puszczone od tyłu słowa perkusisty Nicko McBraina mówiącego: „Nie mieszaj się do rzeczy, których nie rozumiesz”. Na płycie z tego samego albumu pojawia się w tekście innej piosenki nawet fragment Biblii.

      Omawiane są też w Religii… obsceniczne teledyski, głównie Madonny i Michaela Jacksona, którzy – nawiasem mówiąc – z rockiem mają bardzo mało wspólnego, ale w niczym to autorowi nie przeszkadza, skoro do tezy idealnie pasuje. Co ciekawe, pan  Hawryszczuk w tej części książki na przestrzeni zaledwie kilku stron sam sobie zaprzecza; początkowo wytyka artystom, że w swoich teledyskach lansują głównie seks i narkotyki, po czym wymienia ich wśród tych, których temat nie dotyczy, ponieważ sympatyzują z Hare Kriszna.

      Z kolei w rozdziale poświęconym okultyzmowi i satanizmowi autor udowadnia na podstawie etymologii słowa „Lucyfer” (niosący światło, gwiazda zaranna), że epoka oświecenia jest erą diabła i upadku moralności. Zwróciwszy uwagę na to, że w okresie renesansu i oświecenia  postęp dokonywał się nadzwyczaj szybko i prężnie, należałoby też wysnuć wniosek, że wszelka ewolucja, ulepszanie technologii to nic dobrego. Przeciwnie (!) – to dokonujące się dzieło zniszczenia, a fakt członkostwa czołowych przedstawicieli europejskiej elity umysłowej w lożach masońskich zdaje się to potwierdzać.

      Najlogiczniejsze argumenty przytoczone w książce dotyczą „przekazu podprogowego”. Zjawisko to związane jest z procesem oddziaływania na mózg informacji z otoczenia, który jest przez jednostkę całkowicie nieświadomy. W muzyce polega to na tym, że słowa nagrane na taśmie odtworzone „od tyłu” zmieniają często znaczenie i przekazywana do podświadomości treść jest zupełnie inna. Najbardziej znany celowy zabieg tego typu został wykryty w piosence Led Zeppelin pt. „Stairway To Heaven”, gdzie podczas odtwarzania utworu w odwrotnym kierunku usłyszymy słowa: „Mój słodki Szatanie, tylko ty wytyczasz mi drogi!” Trudno się z tym nie zgodzić – BMP (ang. backward masking process) jest bez wątpienia jedną z ciemnych stron rock n’rolla zaraz obok narkotyków. Ciekawe jest jednak, że tylko w przypadku rocka wspomina się o tym procesie, pomimo że podobny zabieg pojawia się niemal bez przerwy w rapie czy zwykłym popie. Można przywołać choćby piosenkę polskiej grupy hip-hopowej Kaliber 44 zatytułowaną „Plus i minus”, która została nagrana w ten sposób, że jeśli „puści się” ją w odwrotnym kierunku, można usłyszeć spójny kompletnie inny tekst. Wyczyn ten budzi nawet uznanie, ponieważ w innych przypadkach mamy raczej do czynienia ledwie z pojedynczymi zdaniami, z których i tak połowa jest czysto przypadkowa. BMP jest też główną podstawą pozwów w sprawach sądowych, wytaczanych znanym rockowym wykonawcom – ale jak dotychczas jeszcze nigdy żadna z kapel obarczona tym zarzutem nie przegrała. Przykładowo – legendarna heavymetalowa grupa Judas Priest została oskarżona o sprowokowanie przy pomocy BMP samobójstwa dwóch amerykańskich nastolatków (sic!), ale sąd uznał, że nie ma dowodów na to, by zespół celowo zastosował ten zabieg (autor wymienia zespół, jako jeden z niewątpliwie celowo wykorzystujących przekaz podprogowy).

      Przedstawione powyżej przykłady z lektury „Religia Rocka” Sławomira Hawryszuka to zaledwie nader cennych garść informacji, które autor w książce przekazuje. Niestety, prawdopodobnie przyjdzie nam długo poczekać, zanim pojawi się naprawdę rozsądna literatura omawiająca zjawisko rock n’rolla i metalu od strony teologicznej. Autor mocno skupił się stereotypach (często już obalonych) i tezach innych autorów, którzy tworzyli swoje dzieła wiele lat wcześniej. Najskuteczniejszym rozwiązaniem byłoby zapewne stworzenie książki, omawiającej „religię” całego przemysłu rozrywkowego bez bagatelizowania innych gatunków i generalizowania. Mimo to „Religia Rocka”  jest na pewno fascynującą lekturą i każdy, kogo interesuje takie spojrzenie na ten temat, powinien po nią sięgnąć, gdyż jest jedyną w swoim rodzaju. I niech tak pozostanie. Jedna taka książka, to moim zdaniem aż nadto.

Grzegorz Kolasiński

Tags:

4 komentarze

  • Niejako w obronie pana Hawryszczuka chciałbym stwierdzić, że np. twórczość grupy Tool nader często wprawia mnie w stan bliski religijnej ekstazie. Co pewnie przez samych członków rzeczonego zespołu odebrane zostałoby z pewną taką konsternacją;)))

    Co do tzw. przekazu podprogowego: czy ten termin aby wcale nie jest tożsamy z BMP? Z tego, co pamiętam, szło raczej o jakieś dźwięki o częstotliwości poza zasięgiem ludzkiego słuchu, które miały w określony sposób oddziaływać na słuchacza. Oczywiście nigdy nic takiego nie zostało naukowo dowiedzione, co nie przeszkadza zwolennikom teorii spiskowych wierzyć w to, że każde nagranie byle piwnicowej ekipy metalowej nasączone jest podprogowymi hymnami ku czci Pana Szatana.

    A w kwestii samego BMP, polecam taki eksperyment: weź, Grzegorzu Drogi, gitarę do ręki, zagraj trzy-cztery proste akordziny i do ich podkładu wyśpiewaj na jako-tako pasującą melodię kilkanaście kompletnie nie powiązanych ze sobą zdań (u mnie zaczynało się od „wlazł kotek na płotek”, a kończyło na „Balcerowicz musi odejść!”). Nagraj tak skleconą „piosenkę”, puść ją od tyłu i w takiej wersji zaprezentuj jak najszerszemu gronu słuchaczy. Najlepiej poprzez audycje indywidualne, żeby uniknąć możliwości sugestii grupy. Po czym poproś ankietowanych, żeby wypisali Ci, co konkretnie usłyszeli. O karłowatość wyobraźni Cię, rzecz jasna, nie posądzam, ale i tak jestem pewien, że będziesz się turlać ze śmiechu:)))

    Na koniec bardziej poważnie: lata temu słyszałem o pisanej przez studenta KULu (!!!) magisterce nt. satanistycznej teologii w tekstach grup black- i deathmetalowych. Proces badawczy tej pracy wyglądał podobno tak, że pan mgr in spe spędził kilka miesięcy ze słuchawkami na uszach, a w tych słuchawkach dudniły mu różne takie rzeźnickie wyziewy. Bardzo jestem ciekaw efektu. Szkoda, że już nie znam człowieka, który mi o tym opowiadał.

  • Wg. lektury Hawryszczuka BMP i „przekaz podprogowy” są tożsame, i wg. źródeł – przyznaję – internetowych, również tak też wynalazłem informacje. Podobnie podpowiedział mi znajomy technik realizacji dźwięku. Jednakże faktycznie BMP to RÓWNIEŻ ten sposób, o których wspomniałeś, czyli zapis dźwięku ciągłego, niesłyszalnego dla człowieka, ewentualnie dla psów, który powoduje w mózgu zajście reakcji chemicznych podobnych do tych pod wpływ LSD. Tego rodzaju BMP chętnie wykorzystywany dziś jest przede wszystkim w muzyce techno. Odnośnie BMP jako zapisu „od tyłu” był on wykorzystywany również w reklamach telewizyjnych, ale obecnie jest to surowo zabronione i (ponoć) poddawane za każdym razem gruntownej kontroli.

    Rozumiem też, że zależnie od tego „kto co słyszy” można odczytać niewyraźny do końca przekaz podprogowy. To między innymi jest głównym powodem, dla którego zespoły wygrywają procesy sądowe. Jednakże z ciekawości przesłuchałem wspomniany utwór „Plus i minus” i ciężko się tam pomylić. Sugeruje to więc tezę, że MOŻLIWE jest wykorzystywanie tego celowo. Możliwe nie oznacza jednak „pewnego”, nie ma więc dowodu, że na co dzień się tak robi, zwłaszcza by ukryć powstałe treści. Odnośnie „Stairway…” Jimmy Page nie ukrywał tego, a że bez względu na to, czy był świetnym gitarzystą (jak na swoje czasy), to wszyscy, włącznie z Plantem i innymi (żyjącymi) członkami zespołu zgodnie twierdzili, że miał w zwyczaju prać im mózgi. Co nie znaczy, że sami również nie byli odrobinę stuknięci 🙂

  • Trochę się dziwię, że „udało się ” taką książkę wydać. Dzięki za obszerne omówienie, już wiem ,że mogę sobie tę lekturę podarować.

Zostaw odpowiedź