Małgorzata Maciejewska: Maleńczuk śpiewa Wysockiego, rzecz o tangu, wojnie i punkrocku

15 stycznia 2012 16:372 komentarze

Wysocki Maleńczuka
Warner Music Poland, maj 2011.
.
.

     Będąc młodą lekarką… to jest, chciałam powiedzieć, studentką, ujrzałam, bieżąc na zajęcia, że w moim mieście rozwieszone są plakaty zwiastujące koncert „Wysocki Maleńczuka (12.02.2012 w Auli UMK w Toruniu). Zaś na ćwiczeniach z literatury miałam przyjemność obejrzeć niedługi, ale całkiem smaczny film pod wiele mówiącym tytułem „Kamienny gość”. Nie, nie jest to opowieść o dzielnym policyjnym negocjatorze ani też o sycylijskiej czy chińskiej mafii, mającej w swym władaniu kasyna Las Vegas. „Kamienny gość” to krótki dramat Puszkina, osnuty na jednej ze scen molierowskiego „Don Giovanniego”. W skrócie – wariacja na temat postaci Don Juana. Film był rosyjski, czy raczej – radziecki, a odtwórcą głównej roli był Włodzimierz Wysocki. Możliwość podziwiania z bliska i przez przynajmniej kilkanaście minut jego naznaczonej bujnym trybem życia twarzy sprawiła, że poczułam nieodpartą chęć przypomnienia sobie jego pieśni, równie bujnych. Nie wiedzieć czemu, pomyślałam też, że do Wysockiego jest nieco podobny Maciej Maleńczuk (być może ze względu na stan zużycia twarzy), który przecież nagrał kilka miesięcy temu płytę z piosenkami rosyjskiego barda. Jestem jednak z tych, którzy uważają, że Niemena powinien śpiewać li tylko Niemen, Republikę najlepiej Republika, a Wysockiego on sam jeden, chyba, że Wysocki. Oczywiście – Maleńczuk ma jakąś tajemniczą cechę sprawiającą, że bardzo lubię obie części „Psychodancingu”, które wszak tworzą serię (jakże udanych) coverów. Postanowiłam jednak darować sobie na razie reinterpretacje i sięgnąć do źródła. A także, wstępnie, udać się na koncert Maleńczuka, który zresztą w Toruniu odbędzie się już 12.02.

     Wróciłam do domu, włączyłam komputer i szybko wklepałam co należy w nieocenioną Moją Tubę. Wkrótce okazało się, że mądra MT zdecydowała za mnie czego będę słuchać. Ku memu zdziwieniu, usłyszałam zdecydowanie zbyt obfitą jak na Wysockiego melodię i głos… Maleńczuka właśnie. Zasępiłam się, ale nie na długo. Mądra Tuba zaczęła odtwarzać kolejny utwór maleńczukowo-wysocki, sprawiając, że rzuciłam się do zwiększania głośności.

     Proszę państwa! Słyszałam już trochę dobrej muzyki i trochę dziwactw, poza tym uważam, że zespół „Psychodancing” jest szczególnie uzdolniony pod względem tworzenia aranżacji… ale to, co dzieje się w utworze Straszny dom/ dyptyk (Oczi cziornyje część Staryj dom), przekroczyło moje wyobrażenie o tym, co można zrobić z – było nie było – rosyjską balladą. Najpierw ponury, tajemniczy, budzący dreszcz, dłuższy wstęp, inspirowany jakby muzyką filmową Hansa Zimmera  czy Clinta Mansella z Requiem dla snu. Trochę gotycki, trochę baśniowy, jak z opowieści z jaru Horpyny… no dobrze, albo ze zwykłej, choć zapomnianej piwnicy pełnej duchów. Na chwilę pojawiają się powtarzane jakby przez echo fragmenty tekstu. Wreszcie – jak (z głośników) nie RYKNIE! Tajemnicze, dyskretne, raczej oszczędne tło muzyczne zmienia się w partię czystego, żywego, soczystego rocka ze świetną linią gitary elektrycznej! Głos zaś wznosi się, zyskuje na sile, ale i na przenikliwości; wysokie partie wokalne Maleńczuka są jak zwykle ostre i zgrzytliwe, niepokojące i drażniące… Wtem wokal znów cichnie, głos staje się jakby omszały, ton trochę jak u wieszcza czy wyroczni, recytujących przepowiednie w natchnieniu… i znów – jak nie GRZMOTNĄ gitary i (?)kotły! Jak nie zmrocznieją, jak się nie wzmocnią…

Ale po kolei.

     Płytę otwiera Czerwone zielone, utwór raczej pogodny muzycznie, nawiązujący swobodnie do bałałajkowej tradycji muzyki rosyjskiej i gitarowego akompaniamentu współczesnych bardów (a trochę do wyszukanego country). Już po kilku pierwszych frazach wiadomo, że muzyka jest świetna, ale przekład tekstu to prawdziwe cacko. Plus sztandarowa umiejętność Maleńczuka – świetna dykcja, której nie przytłumi nawet zblazowany styl śpiewania. Utwór zamyka żartobliwy komentarz „zza sceny”.

     Ten co wcześniej jest jak wycieczka na Dziki Zachód. Prawie czuć szmer powietrza rewolweru Clinta Eastwooda i skwar „w samego” południa. Nie dajmy się jednak zwieść, tekst nie całkiem opowiada o strażniku sprawiedliwości oraz niewieście z domu publicznego, ale za to o złotym sercu. Ballada ta to soczysty muzyczny kryminał, dobitny, prosty, ale nie banalny. Plus – nie wiem, czy zamierzona – aluzja do Oni zaraz przyjdą tu, zaś muzycznie – do tematu z serialu Stawka większa niż życie. Mroczna to opowieść, trochę jak w najlepszych utworach Nicka Cave’a albo…w klasycznych „maleńczukach”. I tu część muzyczna się zmienia, początkowo rącza, łagodnieje nieco, aż do klaśnięcia kastanietami.

     Kiedy już zsiądziemy z konia i rzucimy oznakę szeryfa na stół w saloonie, to jest – w salonie, wypadałoby nieco się rozerwać. Nic prostszego – mamy bowiem przed sobą scenę z lekko wstawionym aktorem-śpiewakiem, który musi odbębnić codzienny występ. Chyba jednak wypił lub wciągnął trochę za dużo, bo zamiast mikrofonu widzi szatańską kobrę, a reflektory znęcają się nad jego żebrami. Zblazowany, charakterystycznie załamujący się i wibrujący przy tym nieco, „dwupromilowy” głoś Maleńczuka doskonale komponuje się z tekstem Mikrofonu – stylizowanym manifestem o powinności artysty wobec swej sztuki i…publiczności.

     Wydaje się, że artysta po występie z ulgą stoczył się ze sceny w bezpieczny kąt za kulisami i zapadł w sen… zły, nieprzyjemny, męczący sen o wspominanym już starym domu i czarnych, niepokojących oczach.

      Na szczęście z każdego snu w końcu się znękany człek obudzi. Tak dzieję się i  tutaj. Przebudzony, nie całkiem może świeży bohater piosenek, nie zapomina jednak całkiem o dręczących snach, zmagając się z koszmarem wojskowych i wojennych wspomnień. Wspomnienia te, dramatyczne i wciąż żywe, przybierają formę błyskotliwej, poetyckiej, ironicznej opowieści o wątpliwej przyjemności Swobodnego spadania. To znów klasyczny Maleńczuk – trochę jak znad szklaneczki, wśród twarzy przy barze.

      Konkluzja owej barowej filozofii pojawia się w czysto punkowym,  pełnym adrenaliny, testosteronu, potu i krwi Bokserze dorównującym jakościowo najlepszym utworom Proletaryatu, a zaczynającym się ostro niczym Szare miraże Maanamu. Intensywna, szybka, surowa, po męsku dosadna pochwała życia porywa i zmusza tego kto jej słucha do trwającego chociaż kilkanaście sekund machania głową. Przy – pamiętajmy – poezji.

     Kolejny etap poznawania przekonań szeryfa-piosenkarza oraz jego tanecznych umiejętności to Tango neutralne, kołyszące, melodyjne, ale z charakterem. Klawiszowe, akordeonowe, z hiszpańską opalenizną; pobrzmiewające subtelnie Piazollą i tangami, które niegdyś rozbrzmiewały akordeonowo czy „harmoniowo” na ulicach Warszawy.

      Ballada o gipsie to znów moc rock’n’rolla, ale i muzyka jakby cyrkowa, lekka, trochę nierzeczywista; w warstwie wokalnej gdzieniegdzie pojawia się szczególnie lubiana przeze mnie dwugłosowość. Plus tekst – jak zawsze ironiczny i dowcipny.

      Moskwa-Odessa to z kolei przekorna pieśń z motywem podróży. „Strunowa”, zagrana najwyraźniej na banjo, dynamiczna i rytmiczna, terkocząca niekiedy jak koła rosyjskiego pociągu. A trochę jakby fragment muzyki do filmu drogi.

      Nie zdążyłam nawet dotrzeć na stację, a już musiałam przecierać uszy, do których dobiegły echa nieśmiertelnego The World Is Not Enought, przeplatanych „Kalinką”! A do tego melorecytacja i tony syntezatorowo-hammondowe, będące dopełnieniem tej szalonej, dynamicznej, złośliwej opowieści o szpiegu spod kina.

     A na zakończenie – piękny, przejmujący, kołyszący blues o niejakim Adamie oraz o roli postaci manekina w życiu ludzkim. Blues ten nie jest całkiem „czysty” – nawiązuje dyskretnie dźwiękowo do osiągnięć Queen, których ukoronowaniem stała się Bohemian Rapsody. Nie brak tu też, tak w warstwie słów, jak i dźwięków, szczypty teatralnego kiczu.

      Nie jestem w stanie porównać efektów  tej płyty z twórczością Wysockiego. Nie jestem w stanie jej skrytykować ani pochwalić, odnosząc do oryginalnych wykonań. W przypadku tej płyty nie można mówić o nawiązaniu do twórczości czy reinterpretacji – słuszne wydaje się tylko całkowite rozdzielenie obu wersji, tak jak wykonanie utworów Niemena przez Łobaszewską i Ajagore, należy oddzielić od pierwowzoru. Płyta Macieja Maleńczuka nie jest tekstem, opatrzonym gitarowym akompaniamentem. Jest błyskotliwa, żywa, wartka, obfita, mięsista. „Promilowy”, zblazowany styl Macieja Maleńczuka, jego charyzma, charakterystyczny głos o sporej skali, umiejętności wokalne i iście ułańska fantazja artystyczna są nie do przecenienia. Najwyższe wyrazy uznania należą się też zespołowi. Aranżacje są różnorodne; muzycy – Maciej Muraszko, Kuba Frydrych, Andrzej Laskowski, Grześ Stasiuk – czerpią z niemal całego dorobku muzyki rozrywkowej XX wieku. Muzyka zresztą nie jest tylko zgrabnym dopełnieniem, tłem dla słów, ale czymś równorzędnym. Wykonywana w izolacji, np. jako wiązanka motywów, byłaby świetnym samodzielnym materiałem na płytę. Testy zaś bronią się same – są efektem kilkumiesięcznej pracy, przemyślanego przekładu.  Umiejętne wplatanie rusycyzmów czy zwrotów rysycyzujących oraz wrażliwość i zrozumienie epoki czynią teksty prawdziwymi cackami.

      Nie ma wątpliwości – Maleńczuk ma jeszcze wiele do powiedzenia i nie zanosi się na to, że zgrzybieje czy stanie się wtórny. Płyta z utworami Wysockiego jest dowodem wielkiej wrażliwości i kunsztu, umiejętności obchodzenia się z tekstem „mocno” poetyckim i zachowania charakterystycznej wysocczyźnianej ironii. Polecam ją miłośnikom Wysockiego i miksów muzycznych. Polecam fanom zblazowanego, ale soczystego stylu Maleńczuka… a także tym,  którzy cenią dobrą dykcję i piękny głos oraz instrumentalistów najwyższej klasy z poczuciem humoru.

      Zachęcam więc także mieszkańców Torunia  – i nie tylko – do udania się na koncert Maleńczuka, na przykład do Auli UMK 12 lutego. Weźcie pod pachę swoją „drugą połowę” i – może w ramach prezentu walentynkowego?– doświadczajcie na własnej skórze tego, co z muzyką i słowem robi Maleńczuk; pogrążcie się na chwilę w szaleństwie muzyki najwyższej jakości i niezwykłej, jakże aktualnej, słodko-gorzkiej poezji Wysockiego. Jestem pewna, że „Stojący w świetle ramp, dostępny wszystkim wam, przywykły nieśmiertelnej procedurze” Maciej Maleńczuk z duchem Wysockiego gdzieś na widowni zmieni ten wieczór w prawdziwą, lekko strawną, ale pożywną, muzyczną ucztę.

Małgorzata Maciejewska

2 komentarze

  • 34,99 zł w Merlinie 😉
    i można posłuchać mikropróbek

    Tu natomiast są tak fajne opisy muzyki, tak obrazowo oddana atmosfera że hej!

  • assasello987

    Mój ulubiony (nie licząc pana Bajora) muzyk z Polski Pan Maleńczuk plus jeden z moich ulubionych wykonawców rosyjskich: W.W – czy może być coś piękniejszego 🙂

Zostaw odpowiedź