Z-M-P: Pamiętaj, cholero…

15 stycznia 2012 16:340 komentarzy

Łukasz Skowroński
Dzielenie przez zero

wyd:. Żadne Sp. z o. o.
Nigdzie, 2000jeszcze nie

 

     „Pamiętaj, cholero: nie dziel przez zero!” – powtarzała mi onegdaj moja podstawówkowa pani od matmy, po czym przechodziła do krótkiego, acz zdecydowanie budzącego grozę spisu konsekwencji stosowania tego zakazanego działania. A taki Skowroński, znany tu i ówdzie muzyk szantowy i bloger – wziął i podzielił. Co mu z tego wyszło?

     Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, a cel… Cóż, tu można by się nieco pospierać. Mieli po trzydzieści lat. Za sobą szczeniackie rytuały braterstwa, opijane we wspólnym gronie kolejne szczeble edukacji, w większości nieudane próby ustabilizowania życia artystycznego, uczuciowego i zawodowego, słowem: pokaźną połać stopniowo redukowanych marzeń. Przed sobą kilogramy i zakola, przed którymi ze wszystkich sił starali się uciec. Włóczyli się po knajpach, pili, palili, excusez le mot – p…lili. I dyskutowali. Choćby i o tak zwanych dupach, choćby i o tak zwanej wódzie, choćby i o tak zwanym Bogu, nie znającym na wszystko definicji w przynajmniej dwóch językach, ale dopuszczającym do siebie możliwość istnienia innych dup, wód i Bogów niż ich własne. Gdzieś po drodze pojawiła się ona. I jeszcze ona. I ona, także, a jakże. I – jak to zwykle bywa – wtargnięcie takiego tabunu bab w stricte męski światek musiało ów światek wybebeszyć na lewą stronę.

Jak, jak? Taka sobie historyjka? To już było? Nie, mili państwo, nie było. Nie dziś. Nie u nas.

     Skowroński łapie czytelnika za rękę pozornie lekko (ale żadna siła nie pozwala wyrwać się z tego uścisku) i niby to delikatnym szarpnięciem pociąga za sobą w podróż po współczesnym Rzeszowie. Sam Rzeszów jest w powieści w zasadzie nijaki, „z twarzy podobny zupełnie do nikogo”. A jednak stanowi doskonałe tło dla wyprawy, która – pod przewodnictwem autora – to przybiera wariackie tempo, to znów zwalnia, nasącza oczy detalami i kłuje chropawą dosłownością obrazów. Przede wszystkim jednak pozwala niepostrzeżenie wejść w skórę bohaterów.

     To właśnie oni są głównym atutem „Dzielenia przez zero”. Rysując ich, autor stosuje bardzo szeroką gamę klisz: od cytowanego bezpośrednio Fuentesa, aż po kalki z tandetnych holiłódzkich produkcji kinowych. Mimo takiego rozrzutu – a może dzięki niemu? – widzimy ludzi z krwi i kości, jakże różnych od swych płasko kiczowatych odpowiedników ze współczesnej rodzimej literatury i kinematografii. Nie korporacyjni yuppies, obłapiający plastikowe biusty sekretarek w drodze na kolejną speckonferę; ale i nie chopcy-hyphopowcy, niosący w świat wiekopomny przekaz, że palić zioło jest wesoło. Nie mężczyźniane mamałygi, przez trzy rozdziały zbierające się do powiedzenia dziewczynie z sąsiedztwa, że ładnie prezentuje się w nowej kiecce; lecz także nie domorośli quasi-machos, bryzgający wokół testosteronem i pseudo-śmiesznymi dowcipasami.

MY jesteśmy. Może nieciekawi, mdli i nijacy, umiarkowani i może nawet źli. Ale to nas jest legion. – mówi jeden z głównych bohaterów recenzowanego dzieła. Ów legion faktycznie jest. Nie tylko w Rzeszowie. I z chęcią by tę powieść przeczytał. Szkoda, że po dziś dzień nikt nie odważył się jej wydać.

 

z-m-p

 

[Kontakt z Łukaszem Skowrońskim: scovron78@op.pl]

Tags:

Zostaw odpowiedź