Małgorzata Maciejewska: Literatura i komercja

15 stycznia 2012 16:300 komentarzy

Michael White
Sztuka morderstwa
tyt. oryg. The Art Of Murder
tłum.: Maciej Szymański
Rebis, Poznań 2011

      „Sztuka morderstwa” to kolejna powieść dziennikarza i redaktora naukowego brytyjskiego „Gentlemen’s Quarterly”, Michaela White’a. Nie wydaje się, żeby był spokrewniony z Jackiem Whitem z The White Stripes, ale i on ma na swoim koncie doświadczenia muzyczne – w latach osiemdziesiątych należał do brytyjskiego zespołu Thompson Twins (polecam na poprawę humoru). Szybko jednak okazało się, że bardziej niż muzyka interesują White’a losy wybitnych postaci świata nauki i sztuki. Zajął się więc pisaniem biografii. Ma na swoim koncie opowieści o Mozarcie, Newtonie, Tolkienie, Galileuszu czy Asimovie. W ostatnich latach porzucił biografie – teraz tworzy powieści. Najpierw był „Sekret Medyceuszy”, potem – „Pierścień Borgiów”. Konstrukcja „Pierścienia…” przypadła, widać, odbiorcom do gustu.

      „Sztuka morderstwa” – w powieści tej inspektor Pendragon poszukuje mordercy, który zmienia ciała swych ofiar w surrealistycznie dzieła sztuki. Za powielenie schematu należy się więc White’owi upomnienie. Zwłaszcza, że inspektorowi Pendragonowi do Sherlocka Holmesa bardzo, bardzo daleko. Dość dobra pamięć, umiejętność logicznego myślenia i kojarzenia faktów, sprawne działanie i pewna znajomość sztuki surrealistycznej nie czyni jeszcze z niego bohatera. A jednak. Sprawę udaje mu się rozwikłać bez większego trudu w ciągu niecałych dwóch tygodni. Imponujące? Być może, ale chyba mało realne.

Ale po kolei, nawet jeśli krytykujemy.

Pierwszą rzeczą, jakiej nie sposób zauważyć, niezależnej od autora, jest tłumaczenie. Jest z a u w a ż a l n e. Zdaje się nie przylegać idealnie do oryginalnego tekstu, tu i ówdzie czuć jakby zgrubienia, nierówności. Tu nienaturalny szyk, tu nie całkiem trafny dobór słowa, tu nie całkiem chyba słusznie pozostawione oryginalne „poster” i „bluff”, wreszcie – błąd ortograficzny, zatem potknięcie nie tylko tłumacza, ale i korektora.

      Zaraz potem – pretensjonalne, jakby tylko o funkcji fatycznej i zaczerpnięte wprost z nie najbardziej ambitnych amerykańskich filmów sensacyjnych z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych – dialogi oraz niektóre wypowiedzi postaci (w stylu: „O, bohaterski inspektorze, obiecaj, że dorwiesz tego skurczybyka i odpłacisz mu za wszystkie moje krzywdy!!!”). Znamy je dobrze, tak dobrze, że rażą swoją powszedniością, a niekiedy przesadzoną emocjonalnością.

      Inna rzecz – scenariuszowość/teatralność narracji. Informacje, jakie podaje narrator, są niekiedy tak szczegółowe, jakby były didaskaliami. Być może autor chce zaznaczyć, że akcja toczy się w świecie londyńskiej elity, którą na wiele stać i która składa się nie tylko z młodych, pięknych oraz dość utalentowanych, ale i doskonale ubranych osób. Ale czy trzeba zaraz podawać nazwy domów mody, firm, dokładne szczegóły wyglądu postaci nie zawsze ważnych? I czy trzeba tak wiele razy zaznaczać jaka jest pogoda – łącznie z wykorzystaniem motywu komunikatu z właśnie włączonego w samochodzie radia? Efektem jest wrażenie, że autor specjalnie skonstruował książkę tak, by łatwo było ją przerobić na scenariusz i uczynić z niej kolejny kinowy hit w rodzaju „Kodu Leonarda da Vinci”. Postaci zresztą także nie są zbyt rozbudowane. Niewiele jest informacji o ich myślach, uczuciach, charakterach, za to wiele jest działania. Z jednej strony to dobrze, bo wyrażają się przez działanie, lecz z drugiej – są trochę płaskie, przyporządkowane swojej funkcji w powieści raz a dobrze. Mamy więc do czynienia z kolekcją postaci-schematów. No i z ograniczeniem swobody wyobraźni odbiorcy.

      Powieści dodaje smaczku jeden element. Szukając mordercy-surrealisty ze współczesnego Londynu, równolegle poznajemy historię innego zabójcy, terroryzującego miasto w latach 80. XIX wieku. Mało tego – opowieść Williama Handlera vel Harry’ego Tumbrila vel Francisa Bettlemana przybrała formę listów do żony jednej z ofiar. Wątki są podobne, chociaż prowadzone z przeciwnych stron – „współczesny” jakby od początku, naturalnie, chronologicznie, zaś wątek epistolarny zaczyna się od przedstawienia postaci mordercy, słynnej dziś postaci, zaadaptowanej przez popkulturę, zwłaszcza w „dziale” horrorów. Wątki te, naturalnie, łączą się wreszcie, choć jest to połączenie trochę naciągane.

      Pomimo dwóch równoległych wątków, akcja na obu poziomach toczy się wartko. Listy nie mają funkcji retardacyjnej, niestety nie są też niezbędne dla wątku współczesnego, jest to raczej paralela niż podpowiedź. Jednak zamiast informacji, wprowadza do powieści specyficzny nastrój. Więcej tu głębi, więcej realizmu, więcej tajemnicy, mistyfikacji, więcej folkloru. I – paradoksalnie – wątek epistolarny jest ciekawszy. Motywy mordercy „współczesnego” łatwo odgadnąć; wszystko dzieje się w środowisku dość ciasnym. Zaś zabójca z XIX-wiecznego Londynu ma dużo szersze pole działania; ba, pojawia się tu też motyw podróży za ocean oraz sprawiedliwego, choć i przekornego losu.

Dobrą stroną wątku „współczesnego” jest mocne, hitchcockowskie rozpoczęcie. Czytelnik od razu zostaje „wrzucony” w akcję; błyskawicznie poznaje bohaterów, błyskawicznie styka się z okropnością, grozą i absurdem. Jednak trudno powiedzieć, że w miarę rozwoju akcji napięcie rośnie. Historia jest przewidywalna, a działania dzielnego, bystrego inspektora tak sprawne, że nie ma wątpliwości co do zakończenia.

      Czy warto sięgnąć po „Sztukę morderstwa”? Warto, ale ze świadomością, że jest to po porostu dobre tzw. „czytadło”. Miłośnikom wieloczęściowych opowieści – polecam, czytającym w pociągu – polecam, fanom kryminalnego rzemiosła – polecam, ale tych, którzy szukają czegoś, co ich zafascynuje, poniesie, zmusi do myślenia i pokaże świat barwnych, soczystych postaci – odsyłam raczej do biografii autorstwa White’a  albo do Sherlocka Holmesa, choćby zekranizowanego.

Małgorzata Maciejewska

Tags:

Zostaw odpowiedź