MiKasa: Tour de śnieżki

15 stycznia 2012 16:311 komentarz

     Minął tydzień od pierwszego triumfu Justyny Kowalczyk w tegorocznym Tour de Ski. Jak chce red. Jóźwik z TVP – wymyślonym przez sadystę. Teza to tyleż dyskusyjna (co Vegaard  Ulvang na to?), co prawdziwą jest moja: o pierwszym triumfie. Dlaczego? Właśnie dlatego, że o ile poprzednie dwa Polka wygrała ale triumfy to nie były. W roku 2010 pani Justyna porazila – jak mawiają bracia Czesi – takie konkurentki, jak Majdić i Follis. W roku ubiegłym na starcie zabrakło rywalki numer 1 – Marit Bjoergen. Zwycięstwo zatem było, owszem zasłużone, wywalczone w pocie czoła, na drżących nogach i na długu tlenowym. Ale gorzkie. Czy było warto? Justyna wraz z trenerem twierdzili, że owszem, ale z pewnością zamieniliby pierwsze miejsce w Tourze na choć jeden ze złotych medali MŚ w Oslo, które zgarnęła bardziej wypoczęta Norweżka. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że tegoroczne zwycięstwo pani Justyny warte jest tyle, co dwa poprzednie razem wzięte, a może i więcej. Jednym słowem – triumf i kwita.

      Dodam – dla chyba wszystkich poza samą zawodniczką i jej trenerem – triumf niespodziewany. Pierwsze tegoroczne starty, jawiły się (w zderzeniu z naszymi apetytami) wręcz klęskami, po których norweskie media posunęły się do wyliczenia, że do ostatniego etapu Marit startować będzie z sześciominutową przewagą nad Polką, co nawet w przybliżeniu nie okazało się prawdą. Minimalną przewagę miała na starcie nasza zawodniczka, rychło ją utraciła, by w najtrudniejszym momencie trasy po prostu „odjechać na turbodoładowaniu” – jak subtelnie niektórzy rzecz nazwali. Odjechać i aż o pół minuty pokonać swą przeciwniczkę. No właśnie… Przeciwniczkę czy osobistego wroga numer jeden?

      Stosunki Kowalczyk-Bjoergen od lat cechuje brak elementów wzajemnej miłości, że tak sobie pozwolę rzecz ująć maksymalnie delikatnie. Czasem wydaje się, że to po prostu niechęć w porywach przechodząca we wrogość. Jej przyczyny zna każdy kibic: na igrzyskach w Vancuver najpierw Norwegowie usiłowali zdyskwalifikować Polkę za „nielegalną łyżwę” a w odpowiedzi pani Justyna poddała w wątpliwość astmę Marit. I tak to trwa. Zawodniczce z Kasiny Wielkiej wtóruje „niechudym” słowem trener, można tez co jakiś czas liczyć na „subtelne” kontrataki Bjoergen. Większość (nawet polskich) specjalistów podważa zasadność oskarżeń norweskiej mistrzyni o „kryty doping”, jedynym realnym efektem antyastmatycznej kampanii naszej mistrzyni jest (od 1 stycznia 2012) skreślenie przyjmowanych antyastmatycznych leków z listy środków zabronionych przez FIS. W wyniku norweskiego spisku? Federacja skapitulowała, stawiając na jedyne logiczne i sprawiedliwe rozwiązanie? Mnie interesuje coś zupełnie innego. Konsekwencje antybjoergenowskiej kampanii (tak to chyba trzeba nazwać).

/rys. Michał Zięba/

      Bardzo ciekaw jestem czy pani Justyna czytuje komentarze pod swoimi publikowanymi w sieci atakami na „norweski system wspomagania”. Jeśli nie, to może warto? Odkąd nasza zawodniczka walczy z astmą przeciwniczek daje się w internecie zauważyć nieznaczny spadek deklarowanej do niej komentarzowej sympatii. Pojawiają się też głosy wciąż trzymających za nią kciuki, że może już dość, że ileż można, że po każdym przegranym biegu pani Justyny aż się boją, co też powie w wywiadzie… Głosy rozsądku są jednak niemile widziane. Ich autorzy wybluzgiwani są stanowczo, piętnowani jako – diabli wiedzą, co gorsze – zdrajcy, lemingi, pisiory lub norweskie pomioty (przytaczam epitety najbardziej cywilizowane).

      Jest już tak dobrze, Justyna Kowalczyk nie musi już nic  mówić, a i tak wrą w najlepsze internetowe dyskusje o norweskim dopingu, wspomina się enerdowskie pływaczki, dlaczego nie Marion Jones i amerykańskich szprycerów – to już można tłumaczyć tylko polską ślepą miłością do Wielkiego Brata zza oceanu. Głosów  kompletnie kretyńskich, knajacko obelżywych nadobfitość. W większości kierowane są przeciw Marit, ale często też i w drugą stronę. W związku z tym, że naszą gwiazdę trenuje „rusek”, nigdy nie brak naukowych opinii o „j…nych kacapach” (pobudka moderatorzy!). Czasem tylko ktoś uda, że nie zauważa antyastmatycznej krucjaty, że poza wojną Justyna-Marit jeszcze o coś w narciarstwie biegowym chodzi, to gratuluje Kowalczyk umiejętności, hartu ducha, a trenerowi klasy… Ciężko się jednak z podobnym głosem przebić przez zajadłych „dyskutantów” pośród których najsilniejsza jest, rzecz dziwić nie może, frakcja antynorweska, bo przecież nie dość, że Bjoergen udaje chorą, to jeszcze detektyw Rutkowski rzucać się jak Czarnecki przez morze musi celem odbicia nieszczęsnego polskiego dziecka, przez napompowanych petrokoronami Norwegów niecnie porwanego. I tak się plecie okraszana bluzgami opowieść, duch w narodzie rośnie. A skoro wróg namierzony – rośnie jak na drożdżach.

I  po co to, pani Justyno, po co? Biega pani wspaniale, jako czytająca książki od słowa pisanego pani nie stroni, może i z mówionym zrobić jakiś porządek?

      Bywa i tak (nawet całkiem często), że wyniki na boisku, bieżni, trasie miewa się cudowne, a każdy wywiad owocuje aferą (halo Bełchatów! halo Bełchatów!). Czasem nawet niczego mówić nie trzeba, bo troglodycka część fanów (jakoś zawsze bardziej widoczna) z własnej inicjatywy „nadymi”. Każdy pamięta, jak nasi „ambasadorzy” obrzucili śnieżkami Svena Hannavalda, gdy niebezpiecznie dla naszego dobrego samopoczucia rywalizował z Małyszem. Wstydu było co nie miara – na szczęście poza obciachem do niczego więcej nie doszło. Małysz, to jednak Małysz i zrobił swoje: – w porę powiedział komu trzeba i co trzeba do słuchu. Poskutkowało. Głośny zakopiański prohannavaldowski doping zaszokował Niemca, a także całe środowisko skoczków. I bardzo dobrze. Niestety, przytoczony przykład nie jest do końca adekwatny, bowiem Hannavald „przeszkadzał” naszym troglodytom tylko swoją dobrą formą, Małysz go o anoreksję czy fingowaną astmę nie oskarżał.

      W „wojnie” czy też wojnie Kowalczyk – Bjoergen już tak prosto nie jest. Rozwodzić się nad kwestią astmy w wyczynowym sporcie nie zamierzam z braku kompetencji. Komentować muskulatury Norweżki również, choć przyznam, że zamieszczone w tabloidzie sport.pl (coraz bardziej określenie to nie jest przenośnią) zdjęcie Marit w sukni wieczorowej eksponującej dość zastanawiająco męskie bicepsy narciarki – wrażenie sprawia dość szczególne.

Dyskusja pod nim przekracza zaś wszelkie granice rozsądku, ale to nic dziwnego, jako że – sądząc z fachowości uwag – większość dyskutantów „klikała” z okolic osiedlowych siłowni. Czy trafią do Jakuszyc? Ja owszem. I mam nadzieję, droga pani Justyno, że po powrocie nadal będę chciał i mógł pani kibicować, bo nikt śnieżkami w Norweżkę nie rzuci. Lub słownym mięchem. Oczywiście nie dlatego pani prowadzi swoją krucjatę, by do takich incydentów dochodziło, ale dla nikogo nie jest czymś nieznanym to, że czasy dziś takie, iż słowo ze sfrustrowanych ust wypuszczone – internetowymi pomyjami wraca. A może i, kiedy okoliczności pozwalają – śnieżką.

MiKasa

1 Komentarz

Zostaw odpowiedź