Portfolio miesiąca: Dorota Łajło

15 stycznia 2012 16:4411 komentarzy

Dorota Łajło

Dorota Łajło - podróżnik, poetka, nauczyciel, pedagog. Od kilku lat pasjonuje się fotografią reportażową i portretem reporterskim. Pisze artykuły i reportaże z podróży. Interesuje się kulturą plemion Afryki. Wydała własny tom poezji. Swoje wiersze publikowała także wraz z innymi twórcami. Autorka wielu fotograficznych wystaw na terenie całego kraju. Prezentowała swoje zdjęcia w Szczecinie na zamku Książąt Pomorskich podczas Festiwalu „Afryka Fest Szczecin 2007”, w Collegium Polonicum w Słubicach i na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu w trakcie Dni Turystyki, w MDK w Rzepinie. Ponadto 4 zdjęcia z wystawy zaprezentowała na X Ogólnopolskich Spotkaniach Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów KOLOSY 2007 w Gdyni, gdzie zdobyła główną nagrodę. Jej dorobek pisarsko-fotograficzny dostępny jest na prowadzonej przez nią stronie internetowej www.mojaafryka.com . .

/pełna netkulturowa galeria fotografii Doroty Łajło/

   

Afryka za płotem

- naprawdę prawdziwe zdjęcia.

   

z Dorotą Łajło dla Netkultury rozmawia Anna Kolasińska

   

AK: Zanim jeszcze polecimy do Afryki, muszę coś ustalić. Mówiąc o sobie stwierdzasz, iż jesteś podróżnikiem, poetką, nauczycielem, pedagogiem. Czegoś mi tu brakuje - czy ty „przypadkiem” nie jesteś również fotografem?

DŁ: Ależ ja tak nie stwierdzam. Na mojej stronie internetowej powiedziałam kiedyś o sobie: ,,Nie podróżnik, nie poeta, nie fotograf, nie webmaster. Ale czasem podróżuję, czasem piszę wiersze, lubię fotografować. Sama robię wszystkie swoje strony. Z prawdziwą namiętnością oddaję się każdej z moich nowych pasji. Pozwalam odchodzić tym, które się kończą.” Powinnam teraz dodać jeszcze, że z radością witam każdą następną. Ale rzeczywiście od kilku już lat fotografia zaistniała w moim życiu i nadal „trwa”. To wspaniałe istnienie, które pozwala mi patrzeć na świat nie tylko dwojgiem własnych oczu, ale daje mi jakby dodatkowy zmysł, a w każdym razie rozszerza działanie tych, które posiadam. Ponadto fotografia, którą ,,uprawiam” pozwala opowiadać mi o świecie, nadaje ważnego znaczenia sytuacjom i ludziom, których spotykam w czasie moich podróży. Nie powinnam jednak nazywać siebie fotografem, ponieważ wciąż więcej chcę, niż potrafię...

/fot. Dorota Łajło/

 

AK: Mocno cię „nosi” po świecie, bo to przecież nie tylko Afryka, ale Włochy, Portugalia, Bałkany, Francja. Nie potrafisz dłużej usiedzieć w jednym miejscu? Co cię tak gna?

DŁ: Potrafię i siedzę, czasem nawet sporo. Normalnie żyję, pracuję, prowadzę dom. Ale od czasu do czasu potrzebuję zaczerpnąć powietrza, złapać głębszy oddech. Czasem chcę zmierzyć się ze swoimi słabościami, ale przede wszystkim potrzebuję zaspokoić ciekawość świata. Mam ogromną potrzebę poznawania ludzi, fascynuje mnie wszelka odmienność. Podróże to wspaniały sposób na własny rozwój. Każdy ma swoje sposoby na to by w życiu iść a nie tkwić. Jedni czytają dużo książek, oglądają telewizję, malują, tworzą muzykę. Ja przyglądam się światu. Potrzebny mi, więc szerszy horyzont.

AK: Kobieta rodzi się w białej Europie, dorasta, kształci się, pracuje i nagle - wciąż będąc białą – wiele razy na długo wyjeżdża do czarnej Afryki. Co się musi stać, wydarzyć, by do takiego wyjazdu doszło?

DŁ: Szereg wielu czynników. Począwszy od zrządzenia losu, a skończywszy na ciekawości, chęci, potrzebie.

AK: Nie da się pojechać do Afryki „w ciemno” po lekturze (rasistowskiego, jak ostatnio zdiagnozowano) „Murzynka Bambo”. To nie jest wypad do... hm… do Drezna. Musiałaś jakoś się przygotować, mam na myśli zdobycie wiedzy. Co przeczytałaś? Co obejrzałaś? Napastowałaś kogoś pytaniami bez końca?

DŁ: Prawdę mówiąc, niespecjalnie mocno się przygotowywałam. Jak się potem okazało, nawet te niewielkie przygotowania i tak nie miały wiele wspólnego w konfrontacji z tamtejszą rzeczywistością. "Przybyłeś, zobaczyłeś, doświadczyłeś" - to bardziej się sprawdza. Afryki nie da się wyczytać w podręcznikach. Mówię to z pełną odpowiedzialnością i już z perspektywy. Raz, że Afryka zawsze zaskakuje. W każdym miejscu, w każdym kraju.  Dwa, że każdy przeżywa ją po swojemu, uczy się na własnej skórze. Ale z drugiej strony przyznaję, że jadąc do każdego z krajów miałam o nim pojęcie, jakieś obrazy. Standardowe przygotowania, jak do każdego wyjazdu. Czyta się przewodniki, opinie innych. Czyta się też o tym, co nas interesuje w danym miejscu. No i tu znowu zazwyczaj zaskoczenie, że wszystko jednak jest inaczej, niż się spodziewaliśmy, niż wyczytaliśmy.

/fot. Dorot Łajło/

AK: Wyjeżdżając do Czech na narty zabieramy garść ciuchów, deski, kijki, aparat i spokój, ponieważ języki są na tyle podobne, że to nie problem. Tak pojechać się do Afryki zapewne nie da. I  nie brak śniegu mam na myśli, a wszelkie szczepienia, dokumenty, apteczka? Inne ciuchy, buty? Na ile się można do takiej wyprawy przygotować, a na ile jest pewne, że to się nie może udać?

DŁ: To akurat nie jest trudne. Właśnie Afryka nauczyła mnie minimalizmu. Zabieram tylko to, co naprawdę jest niezbędne. I to jeszcze czasem okazuje się, że i niezbędne to za dużo.  Człowiek tak naprawdę niewielu rzeczy potrzebuje do życia. Kilku ubrań dosłownie, jakieś okrycie głowy i koniecznie kremy z filtrem. Okazuje się, że w zetknięciu z równikowym słońcem nasza biała skóra jest zupełnie bezradna. Apteczka to niezbędnik. Ale szczęśliwie nieczęsto z niej korzystałam. Konieczne są leki na biegunkę. To standard niemal. Bez biegunki nie ma prawdziwego obcowanie z Afryką. /uśmiech/ Jeśli chodzi o szczepienia, to zazwyczaj standardowe szczepienia, które przydają się i w Europie. Na przykład szczepienia przeciw żółtaczce, durowi brzusznemu.  Żółta febra nie jest obowiązkowa we wszystkich krajach, ale i tak po zaszczepieniu szczepionka działa 10 lat. Przy okazji zdrowia, należy wspomnieć o malarii. To największa bolączka podróżującego do tropików. Ale i wielki problem rdzennych mieszkańców Afryki. Póki co, nie ma na nią szczepionki. Są jedynie znane dziś leki, które można brać w czasie pobytu. Ale ich zażywanie jest destrukcyjne dla wątroby, a w niektórych przypadkach dla psychiki. Skuteczność także nie jest stuprocentowa. Nadal  najskuteczniejsza walka z malarią to zapobieganie ukąszeniom komarów. Czyli odpowiedni strój na noc i repelenty (wszelkie środki odstraszające komary), moskitiera. Osobiście cenię sobie i polecam pokorę i szacunek dla tego kontynentu. W tych słowach mieści się wiele. Nie należy wstydzić się względnej ostrożności. Częste mycie rąk, owoców, unikanie „niepewnego” jedzenia i wody. Dużo by tu wymieniać. Nieprzestrzeganie prostych zasad i niezachowanie zdrowego rozsądku może pokutować przez wiele lat, a nawet przez cale życie. W tropikach zachodzi szybki proces krążenia materii. Temperatura, wilgotność sprzyjają rozwojowi bakterii. Żywność psuje się błyskawicznie, a rany goją się długo. W Afryce biegam w sandałach. W wielkim upale nie daję rady bucie z wysoką cholewką zabezpieczającym przed ukąszeniami np. węży czy skorpionów. Buty kryte przydają się na wieczory.

/fot. Dorota Łajło/

AK: Lecisz, lądujesz, wysiadasz. Pierwsza myśl po wyjściu na schodki samolotu - „hurra!” czy może „w tył zwrot”?

DŁ: To zależy, kiedy, gdzie, w jakim kraju. Kiedy pierwszy raz wylądowałam w Namibii moje serce było przepełnione radością. Namibia dała mi spełnienie marzeń o przygodzie, wolności. Dała mi wszystko to, czego oczekiwałam i znacznie więcej. Zapach, światło, ludzie, krajobrazy, przyroda - niemal wszystko wprawiało w zachwyt. Namibia do dziś jest dla mnie przykładem spełnienia marzeń o pięknie Afryki. Potem były kolejne kraje i ambiwalentnie różne odczucia. To, co czułam, kiedy znalazłam się w Angoli najlepiej wyrażają pierwsze linijki w moim dzienniku: ,, Wychodzę z lotniska. Uderza mnie wilgotny upał. Marzyłam o Afryce. Kolejny raz o niej marzyłam. Wczesny ranek. Jest jeszcze prawie ciemno. Pakujemy się do samochodu. Zanim opuszczamy lotnisko rozjaśnia się i po kilku minutach zza szyby pojazdu mogę przyglądać się ulicy. Widok całkowicie mnie powala. Afryka, jakiej nie znałam, jakiej się nie spodziewałam.” Potem były kolejne kraje, kolejne inne wrażenia. W Zimbabwe, Kenii, Etiopii. Były też powroty.

AK: „Znowu za naszym wysokim płotem”. Zdania tego rodzaju bardzo często padają w twoich afrykańskich zapiskach. W odróżnieniu od wielu tam jeżdżących zdajesz sobie sprawę z dystansu dzielącego Europejczyka, który pojawia się w Afryce na moment, od Afrykanów żyjących tam stale. Na ile można poznać cywilizację zupełnie obcą wyskakując zza wysokiego płotu, który biorąc pod uwagę realia jest jednak niezbędny, by być bezpiecznym.

DŁ: Myślę, że kwestia poznania innych cywilizacji, kultur zależy przede wszystkim od wrażliwości,  jaką posiadamy, ale również i od tego na ile tego pragniemy oraz tego, jakimi jesteśmy ludźmi ogólnie. Można żyć za wielkim płotem i nie wiedzieć nic, i nie widzieć nic, co dzieje się poza nim, bo tak jest wygodnie. Nie krytykuję takiej postawy. Można też każdą nadarzającą się chwilą przenikać do obcego, nieznanego świata. Wybrałam to. Trzeba mieć jednak świadomość, że nigdy w ten świat nie wejdziemy do końca, ale zachowując szacunek dla odmienności możemy spróbować zrozumieć specyfikę miejsca i mentalność żyjących w nim ludzi. Nie wszystko jednak da się zrozumieć, pojąć. Pozostaje wtedy akceptacja i myśl, że jesteśmy tylko gośćmi tej ziemi i nasze możliwości są ograniczone. Nie da się przełożyć pojmowania świata Afrykańczyka na nasze postrzeganie, na nasze wartości. Nie należy nawet próbować. Można za to czerpać radość z całej inności, swoistości, która nas otacza. Wciąż można wpadać w zdziwienie.

/fot. Dorota Łajło/

AK: Napisałaś: „Mieszkam teraz na śmietniku, tzn. ja mieszkam w luksusowym domu umiejscowionym centralnie w śmietnikowym osiedlu”. Czułaś się w Afryce uprzywilejowanym intruzem, turystą, miotanym poczuciem winy „kolegą” dawnych kolonizatorów? Kimś jeszcze innym?

DŁ: Niemal zawsze czułam się sobą. Starałam się, żeby Afrykanie odbierali mnie, jako Dorotę. Czucie się turystą przytrafiło mi się kilka razy i nie jest to miły stan, właściwie to dość beznadziejny stan. Na swój sposób to upokarzające uczucia. Uwłaczające godności ludzi stamtąd, ale i mojej własnej. Nie czerpię przyjemności z tego, że biedny Afrykańczyk biega wkoło mnie, serwują mi luksusy, a sam ze swoją rodziną je papkę z manioku. Jednak czasem nie dało się tego uniknąć. To ciekawe, ale nigdy nie czułam się intruzem. Potomkiem - kolegą kolonialistów czasem tak. Jestem jednak bez wpływu na to, co działo się w przeszłości. Mogę jedynie myśleć o postawie białego człowiek we współczesnej Afryce i z tego wyciągać wnioski. Co możemy naprawić, a co jeszcze bardziej popsuć.

AK: A z drugiej strony patrząc: - biały dla tubylców to kim jest? Ciekawostką? Odmieńcem? Jakie wzbudza uczucia? Obojętność, wrogość, zaciekawienie?

DŁ: To zależy, dla jakich tubylców i gdzie. Dla Kenijczyków z okolic Mombasy, gdzie rozwinęła się turystyka hotelowa, komercyjna - tam jest się turystą, jest się źródłem dochodu. Żeby nie powiedzieć - źródłem istnienia. Wielu turystów zapomina o tym, że czarna Afryka wymaga wrażliwości i wyczucia. Gdzie, komu dać i kiedy, a kiedy absolutnie nie? I czy w ogóle dawać? Boli mnie serce, kiedy widzę, jak turysta targuje się o złotówkę z kobietą sprzedającą koszyki. Dla niej ta złotówka to nierzadko miska jedzenia dla kilkorga dzieci. A koszyk, to dzieło pracy jej rąk.  Ale tak samo boli serce, kiedy widzę, jak wpycha się dzieciom cukierki, które psują im zęby, uczą  żebractwa, nachalności, pozbawiając je w ten sposób wrodzonej dumy. Albo jak rozdaje się niepotrzebne gadżety, zabawki. Proszę sobie wyobrazić, ile pożytku z zabawki czy długopisu ma małe dziecko żyjące w chacie w buszu i śmigające z gołą pupą i na bosaka. Długopis bez kartki, to jak samochód bez paliwa. Taka zabawka zaśmieca wyłącznie jego otoczenie i prędzej czy później jest czymś zupełnie nieprzydatnym. Chciałabym powiedzieć, że ląduje w koszu, ale kosza tam nie ma, więc wala się gdzie popadnie. Ale z drugiej strony są miejsca, gdzie każdy najmniejszy nawet wytwór cywilizacji, odpad, jak np. tubka po kremie, stanowi wartość, a butelka plastikowa to prawdziwy luksus, bo można z niej zrobić nosidło na wodę. Wszędzie tam gdzie biały człowiek pozostawił ślad swojej białej stopy, naznaczył tę ziemię i ludzie zaczynają myśleć o nim, jako o tym, który ma lepiej. I to jest prawda. Bo ma lepiej.

/fot. Dorota Łajło/

AK: Bohaterowie zdjęć Kapuścińskiego (album „Ze świata”) nie tyle pozują, co ufnie spoglądają w obiektyw trzymanego przezeń aparatu. Oglądającego te zdjęcia uderza bijąca ze spojrzeń szczerość. Nie ma się wrażenia, że ci ludzie pozują. Podobne wrażenie mam oglądając twoje zdjęcia.

DŁ: Bohaterowie moich fotografii nie pozują, są naprawdę sobą, ale proszę zauważyć, co jest w ich spojrzeniach. Te spojrzenia są często, niestety, kwintesencją ich losu. Zarzuca mi się czasem, że moja Afryka jest smutna. Ale to nie moja wina. Nigdy w życiu i w żadnym miejscu w Europie nie widziałam takich spojrzeń dzieci. Ani jednego tak przenikliwego i dojrzałego spojrzenia dziecka. Fotografowanie ludzi w Afryce, to cała sztuka, ale przede wszystkim umiejętność bycia z ludźmi. To bardzo proste, kiedy podchodzi się do człowieka nie z pozycji kogoś lepszego, choć jak wspomniałam tak często jesteśmy postrzegani, ale z pozycji równego z równym, człowieka z człowiekiem. Bohaterowie moich fotografii niemal zawsze nawiązują ze mną krótki kontakt emocjonalny. Powstaje swoista więź, a wtedy ci ludzie patrząc na mnie opowiadają mi swoją historię, bez słów, wyłącznie spojrzeniami. Każdy widzi to, co chce zobaczyć. Ja chcę i widzę prawdę pojedynczych ludzi. Nieistotnych, nieznanych w obliczu świata, ale dla mnie bardzo ważnych. Dziś wielu z nich nie wie o tym, że są prawdziwymi bohaterami oglądanymi na wystawach i stronie przez setki, a nawet tysiące ludzi. Nie mogę im podziękować za to, ale każde publikowane zdjęcie pojedynczego człowieka traktuję, jako hołd i podziękowanie właśnie.  Nigdy nie czułam, że kogokolwiek odzieram z intymności, zawsze staram się zachować szacunek. Myślę też, że pokazuję, a przede wszystkim chcę pokazać wyjątkowość pojedynczego człowieka. Takim, jakim on jest, w ułamku chwili, ze mną, czy beze mnie.

AK: A gdyby twoi bohaterowie o wystawach wiedzieli? Jaka byłaby ich reakcja? Czy spotkałaś któregoś ze swoich „modeli” po raz drugi? Któregoś z tych, których wizerunki pojawiły się na twoich wystawach?

DŁ: Nie wiem, co by było. Myślę jednak, że nie wiedzieliby, o co mi chodzi z tymi wystawami. To jest tak, jak już wspominałam, inna mentalność, inne myślenie, inne znaczenia i pojęcia. Wystawa fotografii to pojęcie abstrakcyjne dla przeciętnego bohatera moich fotografii. Jestem przekonana, że wielu z tych, których fotografowałam, do końca nie wiedziało, co się tak naprawdę dzieje. Kiedy pokazywałam im ich wizerunek w aparacie, reakcje ich były przeróżne. Począwszy od radości, skończywszy na osłupieniu, zadziwieniu w znaczeniu „To ja?”. Niewykluczone, że niektórzy z nich, szczególnie mieszkańcy odległych wiosek w buszu nie widzieli porządnie swojego odbicia w lustrze, chyba, że lustrze wody. Nie wiedzą, więc może nawet jak wyglądają. Myślę, że gdyby jednak któryś z tych ludzi stanął kiedyś twarzą w twarz z samym sobą na takiej wystawie, byłby szczęśliwy i pomyślałby pewnie „Jestem ważny”, czasem pewnie ”Jestem piękny”, a może nawet „Jestem Bogiem, skoro wszyscy tak na mnie patrzą”./uśmiech/ Celem wyprawy do Angoli w 2009 r. było właśnie poszukiwanie poznanych wcześniej ludzi. Udało się poniekąd. Można o tym poczytać na mojej stronie www.mojaafryka.com w drugim dzienniku pt. „Angola lipiec 2009”. Odnalazłam między innymi Setinha i jego mamę, odnalazłam też małą Dunę.

/fot. Dorota Łajło/

AK: Fotograf dostaje od modela zdjęcie, to jasne. A co dostaje model od fotografa? Pytam o to również, dlatego, że piszesz, iż zdarzało ci się fotografować ludzi widzących aparat po raz pierwszy w życiu.

DŁ: Moje fotografowanie to nie handel jednak. Kiedy fotografuję ludzi, czuję instynktownie, że i ja i oni tego chcą. Nie wiem dlaczego. Może mają świadomość swej wyjątkowości, a może chcą trwać? Nie wiem. Często, kiedy robię zdjęcie, pokazuję ludziom jak wyszli, są zazwyczaj zadowoleni, nierzadko proszą o więcej, uśmiechają się, i tak ten kontakt jeszcze bardziej się zacieśnia. Pamiętam słowa mamy małego Setinha z Angoli: „Zrób zdjęcie mnie i mojemu dziecku. Rób ile chcesz”. Powiedziała to po tym, jak inne kobiety były nieufne. Zostałyśmy bliskie sobie na zawsze, mimo, że ona mieszka w domu bez adresu. W kontakcie z człowiekiem fotografia może stać się zabawą, dodatkiem do wymiany spojrzeń, dotyku, uśmiechów, gestów. Tak też było w wiosce buszmenów. Zdobyłam zaufanie kobiet. Te pozwoliły mi cieszyć się swoimi dziećmi. Afrykanie lubią bliskość dotyku, czynię tak często, dotykam ich dłoni, włosów, policzków. Wtedy oni czynią tak samo, poznajemy się. W takiej sytuacji nie ma mowy o wymianie-handlu. Wymieniamy się bliskością, ciepłem. Może brzmi to górnolotnie i niewiarygodnie, ale tak właśnie jest.  Zdarza się, że nie udaje się nawiązać kontaktu, wówczas wycofuję się, szanuję, przepraszam, że próbowałam. To proste. Kiedyś w Etiopii dowiedziałam się, że będę płacić za każde zdjęcie. Nie potrafiłam tak fotografować. To było beznadziejne, nawet, jeśli ktoś uważa, że bardziej uczciwe. Beznadziejne i nędzne.  Przyznam, że i tam udawało mi się ominąć wyznaczone standardy. Wiele jednak chwil umknęło.

AK: Fotografując ludzi w Afryce północnej, często trzeba mieć pękaty portfel. Z reguły za zgodę na zdjęcie trzeba modelowi płacić.

DŁ: Płaci się w Etiopii, ale można spróbować inaczej, ja próbowałam. Można też zapłacić, ale nie bezdusznie, jak za usługę, bo to jednak nie zakład fotograficzny czy studio. To zwykli ludzie, których nie można traktować przedmiotowo. Jest i na Etiopię sposób. Można pobyć z kimś, zrobić zdjęcia jemu i rodzinie jeśli na to się zgodzą, a na koniec zostawić parę groszy. To zawsze lepsze niż birr [waluta etiopska – dop. red] za zdjęcie. Nigdy więcej nigdzie  nie płaciłam.

AK: - Pojechać gdzieś raz i na krótko, to nie problem. Jedzie się, jest się tam i wraca do domu. Twoje afrykańskie eskapady są jednak długotrwałe i częste. Co się w Afryce robi przez rok czy dwa lata nie będąc przecież kimś stamtąd? To zupełnie inna rzeczywistość (cywilizacyjna, klimatyczna, kulinarna) czy da się z tym żyć i jak długo?

DŁ: Da się żyć, jak najbardziej. Życie tam jest przygodą, poznawaniem, doświadczaniem, niemal przeżyciem duchowym. Kiedyś w moim dzienniku napisałam  „Odkryć Afryki się nie da, jest to zupełnie niemożliwe, więc i ja jej nie odkryję, a ten jaskrawy kontrast między światem białym i czarnym zadziwia, obezwładnia. Można się przyzwyczaić i tu żyć, ale zawsze będzie się tu nie na miejscu. Zawsze będzie się niedostosowanym do wszystkiego, do tutejszych krajobrazów i klimatu, do tej jasności wielkiej i ciepła, do kultury, do ludzi w ogóle. Świat biały na czarnej ziemi jest zawsze spocony i zaczerwieniony. Świat biały jest często przestraszony i niepewnie stąpa po ziemi pełnej tajemniczych stworzeń wszelkiej wielkości, węży, jaszczurek, skorpionów i pająków. Świat biały boi się wody, którą pije i boi się każdej kałuży. Boi się żółtych oczu dzieci ulicy, boi się ich brudnych rąk i boi się pobrudzić swoje. Boi się być blisko czarnej nędzy boi się rasizmu w stosunku do białych, który jest czasem bardzo silny, boi się biegunki, zatrucia, wreszcie boi się malarii. Wciąż sama sobie zadaję pytanie, co więc świadczy o magii tego miejsca?’’ Tak napisałam w czasie pobytu w Angoli, w kraju zniszczonym wojną domową, zaminowanym i będącym siedliskiem wszelkich chorób. Inaczej żyje się w Zimbabwe czy Namibii.

AK: W Zimbabwe to chyba jednak nie dużo lepiej - doniesienia z kraju rządzonego przez Mugabe przesadnie radosne nie są. Choćby, gdy mowa o drugiej w dziejach świata (rok 2009) hiperinflacji liczonej w miliardach procent miesięcznie…

DŁ: Sama inflacja czy hiperinflacja nie jest wyznacznikiem jakości życia ludzi w kraju nią objętym. Byłam w Zimbabwe trzy razy, w rożnym czasie. Widziałam sklepy z pustymi półkami i negatywne skutki rządów Mugabe. Ale życia ludzi w Zimbabwe ani trochę nie można równać z twardym życiem zwykłych Angolczyków z okresu wczesno-powojennego. Jeśli widziałam w Zimbabwe biedę, to była to bieda wtórna. Mam na myśli to, że wszystko, co negatywne w tym kraju wydawało się zniszczone, wytarte, podupadłe. Czuć jednak było odlegle czasy świetności państwa i pozytywny wpływ kultury brytyjskiej na mentalność współczesnego pokolenia. Jeszcze raz chcę podkreślić, że każdy z krajów, w którym byłam znacznie różnił się od siebie, pod wieloma względami. Jedna Afryka, jeden dom, inne wnętrza. Napisałam kiedyś „Afryka, jest jak wielki dom z licznymi pokojami. Każdy pokój to odmienne wnętrze. Każde wnętrze to niepowtarzalny zapach Ziemi, siła i duch człowieka. Afryka otwiera swoje drzwi i nigdy ich nie zamyka. Afryka nigdy się nie kończy…” Właściwie to zdanie jest kwintesencją mojego myślenia o tym kontynencie.

AK: Czy dzielisz swoje życie na „afrykańskie” i przedafrykańskie? Z Afryki wróciła ta sama Dorota czy ktoś inny?

DŁ: Nie, chyba nie dzielę. Jestem wciąż ta samą Dorotą.  Moje życie ,,przed” było wspaniałe i pełne innych przygód. Dom, rodzina, wychowanie trzech synów, praca i inne pasje. Życie ,,po” jest, myślę, nadal życiem ,,przed”, bo jeszcze chcę tam wracać. Afryka tkwi we mnie dogłębnie, ale chyba jednak niewidocznie dla ludzi z mego otoczenia. I dobrze. Zostawiłam ślad mojej białej stopy na czerwonej afrykańskiej ziemi, a Afryka zostawiła ślad we mnie. Jest tłem moich myśli i uczuć. Utrwaliła mi  przekazane przez mamę wartości. Tam mogłam to wszystko skonfrontować, przekonać się, jakim jestem człowiekiem, a jakim być powinnam. Chyba właśnie o to chodziło, by nabrać dystansu do mojego cywilizowanego świata i siebie samej. By jednocześnie doceniać wszystkich i wszystko, co mam. Kiedyś po kolejnym powrocie z Angoli napisałam: „Znowu jestem w domu, w tym właściwym, przy ulicy Klonowej. Ten jest zdecydowanie bardziej mój i znajduje się w "dobrym'' uporządkowanym świecie. W świecie, w którym nieład jest tylko wewnętrzną imaginacją ludzi potrzebną do napędzania postępu”.

AK: Swoimi przeżyciami i refleksjami z Afryki - jak doczytałam w internecie - często się dzielisz odbywając liczne spotkania. Czy to coś na kształt misji i twojej potrzeby, by jakoś Afryce odpłacić?

DŁ: Misja to zdecydowanie za wielkie słowo, ale na pewno chęć i potrzeba podzielenia się przeżyciami i refleksjami przede wszystkim. Chyba to jest najistotniejsze. Jeśli ma się coś do powiedzenia to trzeba mówić. Kiedyś jeden z moich pokazów oparłam na motcie Amnesty International:Miliony ludzi na świecie żyją w strachu i ubóstwie, ponieważ inni godzą się na to.” I pokazałam, i opowiedziałam o życiu ludzi żyjących w twardej Afryce, przekonana, że świat nie wie, jak tam jest naprawdę. Moje podróżowanie i fotografowanie ujęłabym w kilku słowach „Chwytam świat w obiektyw aparatu w przekonaniu, że ten powinien być fotografowany, jeśli chce się go zrozumieć i spojrzeć na to co ważne jeszcze raz… W czasie moich podroży chcę utrwalać nie tylko rzeczy piękne, ale i te, które poruszają problemy poszanowania praw i godności człowieka:”

AK: Każdy „dzikich” widzi inaczej. Bliżej ci do Kapuścińskiego czy Wojciechowskiej?

DŁ: Najbliżej do siebie samej. /uśmiech/. A tak poważnie, to chciałabym powiedzieć, że do Kapuścińskiego. Nie śmiałabym jednak  w żaden sposób równać się z mistrzem.

rozmawiała Anna Kolasińska

 

/fot. Dorota Łajło/

 - - - - - - - - - - - - Wszystkie zdjęcia stanowią własność Autora i umieszczane są na stronie Netkultury.pl na zasadzie licencji niewyłącznej. ©DorotaŁajło2012. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Tags:

11 komentarzy

  • Od dawna uwielbiam patrzeć na Twoją Afrykę, na ludzi zawsze przedstawionych z uczuciem, bardzo prawdziwie, bez lukru… Trzymaj tak dalej. Miło było przeczytać ten wywiad. Pozdrawiam. ‚Rezon

  • Świetne litery i obrazy. Twoje słowa czytałam dziś po raz pierwszy, foty oglądam już kilka lat. 3mam kciuki za kolejne kadry… Gratuluję. Ilona Budzbon

  • Lubię Cię słuchać, czytać i oglądać…super ciekawy artykuł, czekam na następne. Pozdrawiam.

  • To może ja zaśpiewam?:) Uściski!

  • Miałem okazję brać udział w prezentacji multimedialnej i wystawie fotograficznej na terenie Collegium Polonicum w Słubicach, Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Fotografie poświęcone Afryce były nie tylko wspaniałe, lecz dawały poczucie uczestniczenia w tych konkretnych fotografowanych sytuacjach. Z całą pewnością profesjonalizm i kunszt są sprawcami tego, co nazywamy zachwytem. Życzyłbym sobie, aby wszystkie wystawy były podobnie intrygujące i zachęcające do zgłębiania prezentowanej tematyki. Jeśli w podobny sposób artystka podchodzi do pracy pedagogicznej jak do artystycznej, to gratuluję uczniom przebywania z tak utalentowaną osobą.

  • Cała Dorota:) brawo!!!

  • Jak zawsze – jestem pod wielkim wrażeniem zdjęć, wypowiedzi, Afryki…. Tak trzymać!
    Pozdrawiam! Rzepinianka 😉

  • Bardzo dobre, bardzo ciekawe, bardzo bardzo; pozdrawiam!:)

  • Fotografia…od dawna zaglądam do Ciebie…przekazujesz przez nią tyle emocji.A dziś można przeczytać ten wywiad i poznać Twoją osobowość troszkę więcej…Pozdr

  • Zarówno w podejściu do Afryki i Afrykanów (mam na myśli to, co pani opowiada) jak i w samych prezentowanych fotografiach wartością dodatkową jest to, że ani śladu w tym taniej cepelii, co się często zdarza. Podobnie jak w artykule pana Stępnia (?) z numeru poprzedniego. Gratuluje redakcji wyboru rozmówców a tym wybranym oleju w głowie oraz talentu.

  • Z wielką przyjemnością czyta się Twoje przemyślenia na temat Afryki.To piękne, że potrafisz dzielić się nimi z innymi.
    Życie jest tym, co nas spotyka, podczas gdy często planowaliśmy coś zupełnie innego. Jest tym co z niego uczynimy.
    Warto dążyć do tego, by być zadowolonym z tego co się robi i doceniać, to, co sprawia nam radość.
    Życzę sukcesów osobistych, które dają poczucie zadowolenia i dumy z tego, że coś się osiągnęło. Czerp z nich siłę do nowych wyzwań i podróży. Gorąco pozdrawiam.

Zostaw odpowiedź